Ja, mama wychowana w PRL-u

Miałam może 4 albo 5 lat, kiedy wyposażona w butelkę z denaturatem buszowałam wśród krzaków ziemniaków na działce pracowniczej w podwarszawskich Ząbkach. Wielkie zbieranie stonki ziemniaczanej. Do dziś pamiętam ten zapach, choć od tamtej pory stonki nie widziałam na oczy. Na działce mieliśmy piaskownicę otoczoną gęsto ułożoną cegłą. W wielkiej starej wannie zbierała się deszczówka, bo pompa często nie działała. Żeby zrobić siusiu biegaliśmy do „toalety” z dziurami w ziemi, gdzie nieopodal przepływał strumyk. Tam łapałam żaby i ropuchy. Żeby zrobić mi przyjemność, tata czasem podnosił płytę chodnikową za domkiem, pod którą mrówki miały swoją twierdzę. Najchętniej buszowałam w altance pełnej jakichś gratów, szmat i niepotrzebnych ubrań. Wśród pudeł z nasionami wybierałam swoje ulubione kwiaty, by z ciocią posiać je na działce. Albo wystarczyło mi, że sobie tam poszperam. Oglądałam nasiona, wybierając je z gazetowych zawiniątek. Przebierałam się w stare ciuchy moich ciotek i bawiłam się w królewnę. Nie pamiętam, by moi bliscy się tam tak po prostu wylegiwali. Był komunizm, w sklepach wieczny niedobór wszystkiego, więc było oczywiste, że na działce uprawia się warzywa, bez zbędnych ceregieli. Pamiętam sezon pomidorowy – plastikowe skrzynki z piekarni wypełnione lekko spękanymi pomidorami, które pachniały całą drogę do domu, kiedy umorusana siedziałam na tylnym siedzeniu fiata 125 p.

Wracaliśmy na kolację, każdemu po kanapce z kiełbasą i pomidorem. Herbata z cukrem lub bez, dziennik telewizyjny, film, a dzieci spać.

Tyle samo lat miałam jeżdżąc na Podlasie, do drugiej babci. Najbardziej pamiętam wakacje – ciepło, drzwi otwarte na oścież, małe kociaki urodzone w kurniku, tam, gdzie dziadek trzymał worek z sianem. Kiedy je odkryłam, żadna siła nie była w stanie mnie stamtąd wydostać. Potem rozpacz, że trzeba wracać do Warszawy, a rodzice nie zgadzają się na zabranie kociaka do domu. „Dostaniesz chomika”.

„1 litrowy słoik kompotu mieszanego, 2 torebki galaretki owocowej w proszku (najlepiej Żella)” czyta Pan Inżynier. „Ha, ha! dzisiaj by to nie przeszło”, dodaje. Co czytacie? – pytam. „Kuchnia z niespodzianką”, odpowiada.

„Kuchnia z niespodzianką” to książka mojego dzieciństwa. Rok wydania: 1980. To historia rodziny Kowalskich – mama, tata, dwoje dzieci i kot Barnaba. Chodzą do szkoły, pracują, marzą o własnym samochodzie, organizują imieniny, bawią się na trzepaku i… jedzą majonez, cukierki czekoladowe, parówki i cukier. Jedzą dokładnie to, co ja, kiedy byłam mała. Uwielbiam tę książkę, podobnie jak jej pierwszą część, „Kuchnię pełną cudów”. Przenosi mnie do dzieciństwa, w którym była jakaś powtarzalność i normalność. Nie przypominam sobie (i ona też), by ktoś pouczał moją mamę, że jem cukierka albo frytki. Dziś młode matki są bombardowane dobrymi radami, na każdym kroku strofowane i pouczane. „Tego nie wolno, tamtego absolutnie nie, a ty to dajesz?!” Muszę Wam powiedzieć, że jestem tym trochę zmęczona, a przede wszystkim zasmucona. Ja, dziecko PRL-u jadłam wszystko. No, prawie. Choć szukałam „żył” w szynce, to za to zajadałam ze smakiem duszoną wątróbkę z cebulą, kiszoną kapustę i „raczki” z parówek z ketchupem. W sklepach były na ogół puste półki (tak, tak, czy ktoś to jeszcze pamięta?), więc nie było szansy na opychanie się słodyczami. Do dziś mam w głowie popołudniowe leżakowanie w przedszkolu i nasłuchiwanie, jak panie przedszkolanki oglądają bombonierkę z baryłkami z alkoholem – więc, kiedy słyszę „baryłki z alkoholem”, widzę coś na kształt manny z nieba. A nawet nie wiem (i chyba nie chcę wiedzieć), czy są nadal produkowane.

Raz w tygodniu było ciasto z prodiża, w niedzielę kisiel z owocami albo galaretka. Jedliśmy pieczonego kurczaka, kanapki z kiełbasą, a co odważniejsi kanapki ze smalcem. Kanapka ze smalcem to był chyba przysmak niejednego dziecka w tamtych czasach, bo pamiętam, że towarzyszyła zabawom na trzepaku i jak ktoś bawił się przy domu, w którym rezydowała babcia, często wychodził z tym smakołykiem. Pamiętam, że dzieci zajadały to z takim apetytem, że kiedyś poprosiłam mamę: „Proszę o kanapkę ze smalcem!”. „No coś ty, ze skwarkami?”, „Tak!”. Zdziwiona mama zrobiła mi kanapkę, ale… no cóż, nie było to, czego się spodziewałam 😉

Dziś modny trend „no waste” – nie marnuj, gotuj z resztek. Wtedy jadło się elegancko to, co było w lodówce. Na śniadanie kanapki albo zupa mleczna z kanapką z dżemem, na obiad ziemniaki z kotletem albo pyzy, obowiązkowo surówka (dla mnie zawsze mizeria ze śmietaną, mogła być codziennie), zupy (klasyki: szczawiowa, ogórkowa, pomidorowa, barszcz, krupnik), a na kolację… hmn, może dziś pizza na grubym spodzie z kiełbasą, pieczarkami i koncentratem pomidorowym?

I wiecie co? Minęło tyle lat, a moje dzieci domagają się kotlecika, ciasta z kruszonką, galaretki i majonezu (!). Czy zabraniam? Nie, nie zabraniam. Jedzą to, co chcą. Może za wyjątkiem słodyczy, które traktuję trochę jak towar deficytowy z PRL-u, czyli co jakiś czas. (No i alkoholu raczej nie piją 😉
Piszę o tym dlatego, bo jestem zmęczona nieustannym pouczaniem, że tego nie wolno i tamtego absolutnie nie. Moja najstarsza córka ma dziś 14 lat, zdążyłam w tym czasie obserwować różne trendy, które często jak fala zalewają zdrowy rozsądek. Drogie mamy, karmcie dzieci tak, jak intuicja Wam podpowiada. To Wy najlepiej wiecie, co jest dla nich dobre.

Życzę Wam wszystkiego najpiękniejszego z okazji Dnia Matki <3

27 komentarzy
Poprzedni
Następny