
Czy upływająca zima była długa czy krótka, jak myślicie? Kogo nie zapytam, każdy ma inne zdanie. Rolnik na ryneczku mówił mi w sobotę, że zima była długa i na nowalijki trzeba będzie poczekać jeszcze z miesiąc. Tegoroczne ferie zimowe w Wielkopolsce przypadły na dwa ostatnie tygodnie lutego. W pierwszym tygodniu mieliśmy prawdziwą zimę z padającym śniegiem i oblodzoną Wartą, a pod koniec drugiego chodziliśmy w bluzkach z krótkim rękawem. I tak trwa to nasze piękne przedwiośnie.
Zachęcona piękną pogodą postanowiłam zrobić pierwsze prace porządkowe w ogrodzie. Zebrałam połamane gałązki starych brzóz, które spadły z drzewa, rozgrabiłam krecie kopce, przycięłam krzewy. Postanowiłam w tym roku rozprawić się z perzem, bo perzu i szczawiu jest w naszym ogrodzie pod dostatkiem. W ubiegłym roku próbowałam swoich sił w uprawie warzyw w skrzyniach. Nastawiałam się na porażkę, bo moje wcześniejsze próby, jeszcze w Warszawie, były nieudane i wszystko, co miałam, pewnego razu zjadły ślimaki. Tutaj, o dziwo, uprawa zakończyła się pełnym sukcesem – wyrywaliśmy z ziemi dorodne marchwie, buraki liściaste, pietruszki, selery i pory. Mieliśmy fasolę szparagową, sałaty i zioła. Wysiałam mało, zebrałam zaskakująco dużo, w tym roku będę próbować znowu, ale tym razem plany są szersze i zakładam budowę dodatkowych skrzyń.
Mój młody ogród założony na starej, nigdy nie uprawianej łące, obdarował mnie dorodną lawendą. Na tutejszej słabej ziemi rośnie bujnie i przez całe lato zachwycałam się tym, jak kupione w giga markecie sadzonki z „economy pack” rozrosły się do dużych rozmiarów i kwitły niemal do jesieni.
Jestem niecierpliwym ogrodnikiem, a każdy nowy kawałek ziemi, jaki przyszło mi uprawiać w życiu, to inne wyzwanie. Uprawiałam na ciężkiej ziemi, uprawiałam na ziemi wysypanej na fundamentach starego domu zasypanych przez dewelopera, uprawiałam w mniejszych i większych skrzyniach na tarasach i balkonach. I wciąż chcę wszystko robić sama, popełniać błędy i uczyć się.
Ubiegły sezon był pierwszym, w którym wbiłam łopatę, żeby coś posadzić. Zanim to zrobiłam, przeczytałam niemal wszystko, co wpadło mi w ręce, jak uprawiać taką ziemię – wcześniej nieuprawianą, słabą, kwaśną, nieurodzajną, suchą i wystawioną na działanie silnych wiatrów. Plus jest taki, że w Wielkopolsce klimat jest bardziej łagodny niż w innych miejscach w Polsce. Widzę to bardzo wyraźnie.
Zimą 2024 roku obsadzałam skarpę, bo ziemia była miękka, a sadzonki dostępne w sprzedaży. Wszystko przeżyło. Oglądamy zdjęcia z poprzednich miesięcy ciesząc się, ile udało się zrobić. Posadziłam wszystko, czego pragnęłam, ale robiłam to z myślą, że „uda się, co się uda”. Mam kaliny, klony, oczar, dzikie róże w wielu odmianach, a także rośliny iglaste, których kiedyś nie lubiłam, a tutaj pasują idealnie. To zaskakujące i ciekawe doświadczenie móc obserwować samą siebie, jak nagle coś zaczyna nam się podobać.
Tę zimę przeżyłam w zgodzie z naturą. Mogłam obserwować, jak ziemia powoli odmarza – wciąż są miejsca w ogrodzie, gdzie jest zmrożona i nie da się tam wbić łopaty. Jak spośród suchych liści przywrotnika wyłaniają się pierwsze zielone, młode listki. Jak wracają ptaki. Jak zwykle najbardziej cieszył powrót dostojnych żurawi. Jest ich tu mnóstwo. Początkowo obserwowaliśmy wielkie stada, teraz widujemy coraz więcej par. Patrzę, jak z budki, którą powiesiliśmy na drzewie, wystawia głowę mazurek i nawołuje drugiego ptaszka, który siedzi kilka pięter wyżej, na tym samym drzewie. Sarenki, zające, dzikie kaczki. Moje ukochane kowaliki, które są tak piękne, jakby rysował je najprawdziwszy mistrz. Pięknie tu jest. Z otwartym sercem czekam na kolejny sezon.





