Pocztówki z Poznania – sierpień 2021

Wakacje w Wielkopolsce, bolesny powrót do Warszawy, bo jeszcze by się chciało choć przez chwilę być dalej od domu. Więc może do Poznania? Kupujemy bilety, pakujemy plecaki i w drogę. Nie lubię się pakować. Perspektywa turlania się z tymi wszystkimi bagażami często zniechęca mnie do podróży, więc tym razem zarządzam pakowanie w plecaki – weź tyle, ile chcesz unieść. I wtedy okazuje się, że potrzebujemy mało.

Uwielbiam Poznań. Pamiętam, kiedy przyjechałam tam pierwszy raz dawno, dawno temu. Nie było wtedy modnych kawiarni, trzeciej fali kawy, ale nigdy nie zapomnę, jakie wrażenie zrobił na mnie spacer ulicą Święty Marcin. Zazdrościłam Poznaniowi tych pięknych, starych kamienic i choć wiele z nich było w kiepskim stanie to widać było, że wystarczy trochę czasu, a nabiorą blasku i znowu będą lśnić i cieszyć oczy. Od tamtej pory minęło ze dwadzieścia lat i każda moja wizyta w stolicy Wielkopolski cieszy mnie bardziej, niż poprzednia. Widzę, jak to miasto się zmienia, jak pięknieje. Kocham poznańskie parki i coraz więcej mam swoich ulubionych miejsc, do których zawsze muszę pójść, choćby na chwilę.

Tym razem czasu było niewiele, a my obiecaliśmy sobie, że poświęcimy go głównie naszym dzieciom. Zrezygnujemy tym razem z uganiania się po mieście, odwiedzania miejsc koniecznych do odwiedzenia i takich, które sami lubimy, a które niekoniecznie przypadną do gustu dzieciom.

Miały być Termy Maltańskie. Wybieram się tam już z osiem lat, ale niestety tym razem kolejki były tak gigantyczne, że po trzydziestu minutach czekania postanowiliśmy zrezygnować. Był żal i smutek, ale okazało się, że perspektywa „zakupów maskotki w ZOO” potrafi nieco osuszyć dziecięce łzy, więc autobus i do nowego ZOO, które lubię za przestrzeń. Za to, że zwierzaki nie są tam stłoczone i że wciąż powstają tam jakieś nowe obiekty (np. przestronna Słoniarnia).

Nie mogłam sobie odmówić odwiedzenia ulubionych poznańskich miejscówek, ale oprócz nich, jak to w Poznaniu bywa, zawsze od słowa do słowa „musisz tam pójść”, poznałam też nowe miejsca.

Mega odkryciem była dla mnie pracownia cukiernicza Ovo Michała Doroszkiewicza. To miejsce jest po prostu czystą perfekcją i wszystko jest tam dopracowane i dopieszczone. Kamienica z początku XX wieku, boczna uliczka, w której się znajduje, przestrzeń kawiarni i otwarta pracownia, w której można zobaczyć, jak artysta przygotowuje słodycze. Michał Doroszkiewicz trafił z Białegostoku do Poznania jako 15-latek, by pod okiem mistrza Kandulskiego uczyć się cukiernictwa. Później los prowadził go przez liczne pracownie za granicą, gdzie zdobywał nagrody, by na końcu wybrać Poznań jako TO miejsce. Jestem święcie przekonana o tym (i on też jest tego świadomy), że z taką wiedzą, pasją i urokiem osobistym, zrobiłby karierę wszędzie. A jednak wybrał Poznań. Bo tak mu serce podpowiedziało. To miejsce jest cudowne i każdy miłośnik pięknych deserów powinien go odwiedzić. Pięknych i pysznych. Kiedy zaprowadził mnie do swojej pracowni i zobaczyłam witrynę okienną, którą ma w planach dekorować, przypomniałam sobie o wszystkich marzeniach posiadania własnej cukierni jak w książce Joanne Harris „Czekolada”, a wydawało mi się, że już dawno porzuciłam te marzenia. No po prostu musicie tam iść i tyle w temacie 😉

Inne miejsce, w którym jest po prostu serce, to kawiarnia Bardzo Piotra Lasika i jego żony Karoliny. Piotra znam już bardzo długo i to niesamowite, jak młody (ma dopiero 30 lat) prawnik, który właśnie robi doktorat, spełnia marzenia w gastronomii, pracując w niej praktycznie całe dorosłe życie i powoli realizując wszystkie plany. Przy tym nie brakuje mu pokory i cierpliwości. Jedzenie tam jest przygotowane z wyobraźnią, smakiem, domowe brioszki, pyszne ciepłe kanapki, a wszystko super świeże i podane w miłej atmosferze. Jest wiele miejsc na świecie, które są super i ludzie je kochają, ale niewiele takich, do których wchodzisz i wiesz, że jest takie Twoje, skrojone pod Twoje potrzeby. Gdybym mieszkała w Poznaniu, przychodziłabym tam chętnie codziennie. W dodatku napoje na najwyższym poziomie (pogadajcie z Piotrem o kawie) i cudowny ogródek od strony podwórza. Czego więcej chcieć?

Taczaka 20 to jest miejsce, dzięki któremu… mam męża. Dawno, dawno temu, pisząc artykuł o poznańskich kawiarniach trafiłam na Taczaka, gdzie właściciel powiedział „musicie iść do Gacy”, a Gaca kazał nam iść do Ruiny. A potem życie napisało dla mnie swój scenariusz, dzięki któremu moje serce już zawsze będzie w Poznaniu mocniej biło. Taczaka lubię od zawsze i już nie raz, nie dwa, stałam pod zamkniętą kawiarnią czekając na otwarcie, bo musiałam, chociaż na chwilę, chociaż na kawę, chociaż posiedzieć. W chwilach kryzysowych, związanych z poznańskimi tęsknotami, czytam ich stronę na FB albo oglądam stare fotki i mam nadzieję, że będą tam zawsze.

Mo.Bar najpierw na wieczornego drinka, a potem na śniadanie. A wieczorem, kiedy dzieci domagały się frytek, można było po prostu wejść i zamówić dwie porcje frytek na wynos. Nie ma problemu. Śliczne wnętrze, bardzo dobre jedzenie – solidne, bardzo solidne porcje, ledwo dawałam radę 😉 i super obsługa.

To mniej więcej tyle. Na luzie. Dodatkowym bonusem był tym razem Stary Rynek i Festiwal Dobrego Smaku, który sprawił, że moje spragnione serce wypełniło się czystą radością. Pomyślałam o tym, jak smutno było w ubiegłym roku, kiedy wszystko było zamknięte w pandemicznej rzeczywistości i jak bardzo wtedy pragnęłam odrobiny nadziei, że w końcu będzie… normalniej. Dostałam stoiska z jedzeniem, kwiatami, pamiątkami, gwar i śmiech. Było piękniem zwłaszcza wieczorem, kiedy księżyc jak cienki rogalik wisiał nad poznańskimi kamieniczkami.

Do zobaczenia kochany Poznaniu! Nigdy mnie nie zawodzisz, zawsze witasz z otwartym sercem. Dziękuję i będę tęsknić <3

0
Previous Post
Next Post