Za chwilę lato

Z wiekiem czas mija szybciej. Już się nie czeka od wakacji do wakacji, może jedynie od weekendu do weekendu, choć ja, od kiedy mam dzieci, czekam zwykle na poniedziałki, bo poniedziałek to czas, kiedy mogę w spokoju popracować. W weekendy często robię zdjęcia, więc na początku tygodnia mam czas i werwę, żeby je porządkować.

Weekendy to czas dla rodziny, często bez telefonu rzuconego gdzieś w kąt. I dla ogrodu. To będzie mój trzeci sezon na tej ziemi. Rośliny w końcu ruszyły, a z niektórymi musiałam się pożegnać. Derenie, które uważałam za łatwe, tu okazały się kapryśne i chorowite. Część już wykopałam, na inne jeszcze czekam, może się namyślą.

Drzewka owocowe, które sadziliśmy ubiegłej zimy, usiłując je wkopać do zmarzniętej ziemi (o niebiosa!), tamten sezon spędziły w uśpieniu, ale ten rozpoczęły pięknym kwitnieniem i nawet mają już malutkie wisienki.

Mam takich sąsiadów, którzy szczodrą ręką dzielą się ze mną roślinami i nie wiem, jak to robią, ale wystarczy kawałek patyka z ich ogrodu, który wsadzam do ziemi, by po kilku tygodniach cieszyć się nowymi liśćmi. To się nazywa dobra sąsiadów ręka do roślin albo może raczej rośliny dane ze szczerego serca.

Czuję się obdarowana ludzką dobrocią, radą, pomocą. Przyroda, która mnie otacza, zaspokaja moje przyrodnicze potrzeby eksploracji, opieki, nauki i rozrywki. Zbieram w telefonie ptasie trele i jestem zdziwona, jak wiele ptaków można usłyszeć w 3 minuty. Piegża, skowronek, wrona siwa, grzywacz, kapturka i cierniówka potrafią dać poranny koncert do kawy, kiedy siedzę oczarowana pod wysokimi brzozami. Ich delikatne liście, jak firanki powiewające na wietrze. Gdyby same się nie zasiały pewnie nigdy nie wpadłabym na to, jak mogą być piękne.

Pamiętam, kiedy byłam dzieckiem i na wakacjach na Podlasiu chciałam nałapać jak najwięcej takich przyrodniczych przygód. Małe kotki, prosiaczki, kury i gęsi. Kwitnące łąki, jagody, maliny i truskawki. Nowalijki w ogrodzie, pierwsza kiszona kapusta. I nieświadomie (a może nie tak do końca nieświadomie) pragnęłam tego doświadczyć ponownie, ale w pełnowymiarowej formie: wtedy, kiedy będę tego potrzebować, czyli prawie zawsze.

Gdybym dziś wybierała się na studia, moje wybory zdecydowanie bardziej kręciłyby się wokół kierunków przyrodniczych niż dziennikarstwa, ale cóż, czasu nie cofniemy, widać tak miało być.

Albo weźmy na przykład taką drogę przez las. Jedziesz, a tam na drodze mama żuraw i jej dwoje dzieci. Jedno drepcze za nią krok w krok, drugie gdzieś obok. Wiem, gdzie mieszkają, gdzie się kryją. To współistnienie z nimi i szacunek dla ich spokoju jest darem. Wiem, gdzie chowają się sarny, gdzie odpoczywają i o której jedzą. Widuję je zawsze o tych samych porach.

Im bliżej lata, tym więcej dobrego, prostego jedzenia, które nie wymaga wiele wysiłku, by je przygotować i zjeść z jakąś nabożną czcią i radością. Wszystko się samo upraszcza, a nasze cotygodniowe zakupy na targu piszą nasze menu. Pan z ostatnimi szparagami i rabarbarem, pierwsze młode ziemniaki odmiany Lord, pierwsze pomidory Rosamunda, a także pierwsze sadzonki. W tym roku próbuję swoich sił w uprawie pomidorów. Uda się albo się nie uda. Zobaczymy.

Życzę Wam, drogie Czytelniczki i Czytelniczki pięknego lata, w którym ukoi Was przyroda :-)

5
Previous Post