Lipiec na wsi

 

Nim się obejrzeliśmy, połowa lata za nami. Przekwitły szałwie, przywrotniki i kocimiętki. Podjazd porastają połacie krwawnika, wrotyczu i chabrów. Stosy skoszonych roślin, które tak pieczołowicie układałam w poprzednich latach pod płotem, wysiały się i wypełniły ziemię kwiatami. Dziewanny, lepnice, rumianki, maki, firletki i goździki kartuzki. Spacerując wieczorami z psem nazywam po kolei to, co widzę i cieszy mnie, że wiedza o roślinach weszła mi sama do głowy. Natura utrwala to, czego się nauczyłam, fundując nam poukładane rytuały.

Patrzę w niebo, jaskółki nad moją głową krążą tak nisko, jakby w ogóle nie przeszkadzała im moja obecność. One są u siebie, ja przyszłam do nich w gościnę. Umiem rozpoznać pliszki, które jak małe pingwiny drepczą po starym, drewnianym pomoście nad rzeką.
Postanowiłam zapisywać godziny, o których sarny wychodzą wieczorem na kolację. Hop hop, jedna za drugą, nie zważając na nic. I kiedy tak stołują się w obecności dwóch bocianów na tle zachodzącego słońca, widzę te wszystkie kiczowate obrazy olejne sprzedawane przy Barbakanie. Tyle tylko, że tu widzę je naprawdę. Tak jak zające, które posilają się trawą chwilę po tym, jak zaczyna padać deszcz. A myślałam kiedyś, że królikom i zającom nie wolno dawać mokrej trawy, bo będą chorować. Konfrontacja dotychczasowej wiedzy, tej zasłyszanej i przeczytanej, z tym, co widzę na własne oczy, potrafi nieźle zamącić w głowie. Miałam wizje stworzenia hotelu dla owadów jak z katalogu, tymczasem w budce dla jeża szerszenie ulepiły kształtne gniazdo – cud natury i konstrukcji. Osy w kącie szopy, pszczoły murarki w skarpie, na której posadziłam rośliny. Jaszczurki chowają się w starych deskach przygotowanych do budowy rabaty i wygrzewają się na stosie dachówek ułożonych w zgrabny stosik.

Na targu można kupić wszystko. Młodą dorodną włoszczyznę, niewielkie pory, wysokie kopry i małe ogórki na małosolne. Papierówki, wiśnie i pierwsze śliwki. Ziemniaki, które aż wołają: kup mnie, a potem ugotuj i wymieszaj z łyżką masła, szczyptą soli i świeżo mielonego pieprzu.

Dziś sporo myślę o tym, jak otoczenie wpływa na smak i zapach, które odczuwamy. Tęskniąc za babcią, sadziłam kwiaty, które lubiła i szczodrą ręką wysiewałam maciejkę wszędzie tam, gdzie znalazłam choć kawałek odkrytej ziemi. Zanurzam twarz we floksach i myślę o tym, że wszystko się może zmienić, a ten zapach jest taki sam, niezmienny, jedyny i niepowtarzalny. Pachnie słodkimi chwilami, bajkami szeptanymi do ucha, planami na jutro. Na targu jest tylu sprzedawców wiśni – niemal każdy z nich zachęca do spróbowania owoców przed kupieniem, dzięki czemu mogę znaleźć te, które najbardziej przypominają mi dzieciństwo. Tak jak ten starszy pan, sprzedający jedynie wiśnie i jabłka, z których pod koniec sezonu robi soki, z których jest tak bardzo dumny. Tu wszystko ma jakiś kontekst, a ja podążam w jego kierunku.

Jestem wdzięczna tej krainie za to, że przyjęła mnie w swoje ramiona z taką szczodrością i spokojem. Że mogę tu być, dostawać kępę słoneczniczka wykopanego dla mnie spod płotu tylko dlatego, że nigdzie nie mogłam go kupić, a bardzo chciałam mieć. Za te sadzonki pomidorów kupowane po 5 zł, które wyrosły w wielkie krzaki uginające się pod ciężarem owoców. Za wszystko dobro, którego się nie spodziewałam i o jakie nie miałam odwagi prosić.

Kupiłam gruby kalendarz, a w nim notuję tydzień po tygodniu, co widziałam, co urosło, co umarło, co mnie odwiedziło, a co zaskoczyło. Próbuję odkryć rytm pór roku, zwiastuny pogody – te rzeczywiste, a nie gdzieś wyczytane.

Jemy proste dania – dzieci domagają się wciąż tych samych potraw: leniwe, pomidorowa, kremowa jarzynowa, frytki z młodych ziemniaków, na deser budyń, wiśnie ze śmietaną i cukrem, kompot z papierówek. Ryż z jagodami i śmietaną, czasem mielony z ziemniakami i mizerią, kiełbasa z ogniska albo knedle ze śliwkami. Nihil novi.

Życzę Wam szczęśliwej drugiej połowy lata. Bądźcie zdrowi <3

0
Previous Post