
W tym roku więcej ukojenia znajdowałam w ogrodzie niż w kuchni, a moje serce bije dziś zdecydowanie bardziej na widok drzew niż dań w restauracji. Można powiedzieć, że im więcej widzę w internecie, tym mniej chce mi się dokładać do tego coś od siebie, bo czuję, że w internecie jest już taki chaos, że coraz mniej miejsca w nim dla mnie. Po całym dniu przeglądania instagrama i facebooka, „żeby być na bieżąco, jesteś twórcą internetowym, musisz wiedzieć, co w trawie piszczy”, pod koniec dnia miałam w głowie taki mętlik, że rzucałam to w pieruny i zajmowałam się przyziemnymi sprawami i życiem tu i teraz. Widzę, jak moi ulubieni twórcy internetowi, blogerki, wyciszają swoją internetową aktywność i porzucają ją na rzecz czegoś innego. Rozumiem to. Przypomniałam sobie, po co chciałam tworzyć w internecie – moim zamiarem nie był wyścig i fajerwerki, a chęć dzielenia się przepisami, zdjęciami, okruchami codzienności. Ale świat, zupełnie jak krwiożercze, wielkie formaty telewizyjne, wchłonął okruchy, rozdmuchał i rozpędził jak karuzele w parku rozrywki. I wydaje się, że tego właśnie chcą ludzie. Dużo, kolorowo, intrygująco i zaskakująco. Czuję, że nie pasuję do tego. Po dniu oglądania efektownych, dynamicznych reelsów, jestem zmęczona i przygnębiona. I wiem, że dawny, spokojny świat zdjęć w internecie już nie wróci. Kiedy porzucam to wszystko na chwilę, zaczynam wyjmować z półek stare książki, na których wydanie czasem czekało się latami, bo wiadomo było, że będzie warto. Czekało się na słowa i niespodzianki. I cieszyło więcej niż dziś.
W tym chaosie i przebodźcowaniu odkryłam, że najwięcej radości przynosi mi powrót do tego, co leżało u źródła moich kulinarnych i czytelniczych zainteresowań. Książki, stare magazyny, filmy na płytach DVD.
Trzy letnie miesiące spędziłam w domu na wsi i gotując dla rodziny, bez przymusu testowania nowych przepisów, zrozumiałam, jak bardzo lubię to robić, ale mój sposób gotowania się zmienił. Pewnie wynika to po trosze z tego, że kiedy ma się dzieci, to nie jedzą one wszystkiego, co byśmy chcieli, a do nowinek podchodzą z dystansem. Robiłam im więc to, co lubią. Prowadził mnie instynkt, a otoczona sąsiadami, od których mogłam kupować warzywa, jajka i nabiał, w końcu mogłam gotować naprawdę sezonowo i naprawdę lokalnie. Ten banał: gotuj sezonowo i lokalnie w mieście nie zawsze może być spełniony, bo to niesezonowe i nielokalne leży na straganie obok lokalnego i czasem trudno się połapać. Tu wszystko szło gładko i stało się oczywiste.

Zaczęłam uprawiać własne warzywa. Zaczęłam nieśmiało, nie wierząc, że to się uda. Typowe podejście perfekcjonisty: musi być na tip top albo wcale. Ale wszystko, co wysiewałam razem z dziećmi, przyniosło pierwsze plony: rzodkiewki, marchew, sałaty, fasolka szparagowa, warzywa liściaste i dużo dużo kwiatów. Może właśnie tak jest, że jak podchodzisz z nadzieją, ale bez zbędnych i przede wszystkim nadmiernych oczekiwań, to los daje Ci coś na zachętę.
A dziś dzielę się w Wami obrazkami z poznańskiego Ogrodu Botanicznego, który wczoraj odwiedziłam z dziećmi. Wiedziałam, że to jest właśnie ten czas, kiedy chcę zobaczyć go po raz pierwszy. I nie zawiodłam się. Wyszłam stamtąd oczarowana i zachwycona. Przyroda starych ogrodów, parków i lasów przynosi mi dziś największe ukojenie i jest źródłem radości. Takiej prostej, ludzkiej, zwyczajnej i na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko pójść, otworzyć oczy i serce, a ona resztę zrobi za nas.
Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom, (a wiem, że jest Was tu trochę, bo za każdym razem, kiedy mam plan, żeby zamknąć bloga, statystyki mówią: tu wciąż są ludzie, dużo ludzi), życzę spokojnej i dobrej jesieni.
Zdrowia i przyjemności :-)






