Jamie Oliver „Jedno. Łatwe jednogarnkowe cuda”. Recenzja książki.

„Jedno. Łatwe jednogarnkowe cuda” to 21 książka Jamiego Olivera w moim domu.
Jamie ma specjalną półkę w mojej kulinarnej biblioteczce i za każdym razem, kiedy do niej sięgam, udaję się w sentymentalną podróż, bo co książka, to inny etap mojego życia.
W sumie napisał 26 książek i na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Przez wiele lat prowadzenia tego bloga (już ponad 16, kiedy to zleciało?) pisałam o nim wiele razy, więc stali Czytelnicy wiedzą o mojej słabości do Jamiego.

W przypadku kulinarnych gwiazd, które długo świecą na firmamencie, człowiek się czasem zastanawia, kiedy przygaśnie ta gwiazda, kiedy będzie miała słabszy moment albo kiedy zacznie być w tyle za obowiązującymi trendami, bo, umówmy się, to nie jest takie proste, by wiecznie być na fali.

Kiedy patrzę w przeszłość, widzę te wszystkie trendy i mody. Książki kucharskie są jak lustra, w których przeglądają się dawne czasy. Spokojnie można pisać na ich podstawie prace magisterskie ;)

„Włoska wyprawa Jamiego” na tym tle to dosyć wiekowa pozycja. Ale mam do niej duży sentyment i czasem sięgam do włoskich przepisów, które w niej zamieścił. Widzę jednak, jak czasy się zmieniają i jak zmieniają się nasze potrzeby w kwestii książek kucharskich. Dziś ma być przede wszystkim szybko, smacznie i zaskakująco. Chyba kończy się czas popularności książek, w których lista ingrediencji z domowej spiżarki zajmuje kilka stron i gdzie trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby coś ugotować. Jak sobie pomyślę, że kiedyś musiałam buszować w niemieckich sklepach, żeby przywieźć pieprz syczuański czy kupić foremkę do ravioli, a burratę jeść we Włoszech, to te czasy wydają mi się tak zamierzchłe, że pamiętają o nich wyłącznie dinozaury. Wydaje się, że dziś można kupić w Polsce wszystko i wcale nie trzeba jakoś specjalnie się wysilać, by znaleźć jakąkolwiek przyprawę, składnik czy gadżet kulinarny. I cieszę się z tego całym sercem. Cieszę się, że dziś, jak ktoś chce gotować, to będzie to robił, bo dostęp do wiedzy i składników jest tak łatwy, jak jeszcze nigdy nie był. Wystarczy tylko chcieć. Ale czy wszyscy chcemy? Jedni nie chcą, bo nie lubią gotować, inni nie mają czasu, jeszcze inni wolą jeść na mieście. I to jest ok :) Są jednak tacy, którzy by chcieli, ale zniechęca ich myśl o zlewie pełnym brudnych naczyń po gotowaniu czy słoikach z przyprawami, z których wzięli łyżeczkę, a resztę odstawili na „wieczne potem”. I to dla nich najnowsze książki Jamiego powinny być zachętą do tego, by spróbować gotować samemu. To też zachęta dla zmęczonych ludzi, którym brakuje motywacji, bo mają dzieci, z których każde chce coś innego, a najlepiej to kotleta schabowego i zupę pomidorową. Spotkałam się też z zarzutem, że Jamie proponuje czasem używanie gotowców typu „świeże płaty lasagne”, „2 opakowania mieszanki ugotowanych ziaren zbóż” czy „mieszanka warzyw stir-fry”, ale, tak na zdrowy rozum, czy jest w tym coś złego? Jeśli masz czas, robisz własne płaty lasagne, jeśli nie, korzystasz ze świeżych ze sklepu lub suszonych. Uważam, że nie ma nic lepszego od domowego posiłku, nawet jeśli miałby on być robiony z wykorzystaniem dobrej jakości półproduktów. Książka jest pisana na rynek angielski i wiem, że zaraz ktoś mnie zapyta „co to jest ta samorosnąca mąka”, ha! Mąka samorosnąca pojawia się we wszystkich książkach Jamiego i to jest po prostu mąka z proszkiem do pieczenia. Nie bójcie się jej, dodacie łyżeczkę proszku do pieczenia do zwykłej mąki i będzie git.

Do czego by jeszcze się w tej książce przyczepić, by wyjaśnić, dlaczego i tak mi się podoba… ;)

Wszystkie książki Jamiego zawsze zaczynam czytać od końca, bo tam są podziękowania, które on kieruje do wszystkich, którzy byli zaangażowani w cały proces powstania książki. To takie moje małe hobby. Dzięki lekturze podziękowań można zobaczyć, jak wiele pracy zostało włożone w to, by książka była dopracowana, była na czasie i wychodziła naprzeciw współczesnym oczekiwaniom zmieniającego się świata.

A teraz do rzeczy. „Jedno” Jamie Oliver dedykuje swojej żonie Jools, z którą ma piątkę dzieci. Pisze tam „Jeśli którakolwiek z moich książek jest idealna dla Ciebie, to właśnie ta. Proste przepisy na pyszne potrawy prawie bez zmywania!” I ja to kupuję :)

Podobają mi się przepisy – nie są specjalnie skomplikowane, a ciekawe i niebanalne. Nie musisz mieć spiżarni wypchanej od góry do dołu, żeby coś ugotować. Ja zwykle robię sobie zdjęcia stron z przepisami, które mnie interesują i kiedy idę do sklepu, zerkam na listę składników i kupuję to, czego akurat potrzeba. Żadnego nadmiarowego kupowania na później. Jamie ma też kilka swoich ulubionych dodatków, jak np. harissa, pasta curry czy chutney z mango, więc jeśli to Twoja pierwsza książka jego autorstwa i otworzysz ją akurat na przepisie, w którym będzie jakiś mniej typowy składnik – nie zrażaj się. Będziesz mógł/mogła wykorzystać je na pewno więcej niż raz i na pewno się nie zmarnują. Oczywiście pod warunkiem, że będziesz gotować z tej książki :)

Jeśli macie dzieci lub po prostu dużą rodzinę – dania z tej książki powinny przypaść do gustu większości domowników. No chyba że macie na pokładzie jakiegoś wyjątkowego niejadka, choć wydaje mi się, że takie Fantastyczne kotleciki rybne (łosoś, brokuły, sos z pastą curry katsu i cytryna) mogłyby smakować i niejadkowi.

I na koniec: „Jedno” odnosi się do naczynia, w którym robimy obiad. Może to być patelnia, garnek żaroodporny, blaszka do pieczenia. I ja to szanuję, bo jestem fanką dań jednogarnkowych, najlepiej takich, do których można wykorzystać naczynia żeliwne, w których piekę, gotuję i smażę.

Dziś proponuję prosty przepis na Krewetki w sosie Teriyaki z czosnkiem, imbirem, makaronem, olejem chili i groszkiem (w oryginalnym przepisie były to nasiona edamame, ale nie miałam ich, więc użyłam groszku). Nie bójcie się eksperymentować, zamieniać składniki, a przede wszystkim próbować i doprawiać po swojemu. To nie laboratorium. Gotowanie to zabawa i przyjemność.

Książka, jak zwykle, jest pięknie wydana. Czytelny layout, apetyczne zdjęcia (David Loftus, wiadomo), krótka lista składników, tabela z kaloriami.

Jeśli czegoś mi brakuje w nowych książkach kucharskich, to jest to bez wątpienia opowieść. Ja lubię jak autor opowiada, gada do mnie. I jeśli lubię autora, to mnie to przenosi do jakiejś nieznanej (albo i znanej) mi krainy, w której mogę pomarzyć. Tutaj tego nie ma, jest raczej konkret. Ale kiedy patrzę na współczesny świat, to wydaje mi się, że dziś ludzie właśnie takiego konkretu szukają.

Dziękuję wydawnictwu Insignis za możliwość zrecenzowania tej książki oraz za to, że wydaje w Polsce Jamiego. To dla mnie wiele znaczy i mam nadzieję, że w Polsce ukaże się jeszcze wiele jego książek. Zawsze czekam na nie z przyjemnością, a na półce wciąż mam na nie miejsce.

Jedno. Łatwe jednogarnkowe cuda„.
Autor: Jamie Oliver, Zdjęcia: David Loftus, Richard Clatworthy, Portrety: Paul Stuart

Wydanie polskie: Insignis, Kraków 2022
Przekład: Beata Horosiewicz
Cena okładkowa: 99,99 zł (w tym 5% VAT)

0
Previous Post
Next Post