Pierwsze ciasto: murzynek

Jak to było z tym pierwszym w życiu upieczonym ciastem?

Chuchrem byłam i niejadkiem, ale ciasta zawsze chętnie spróbowałam. W zamierzchłych czasach mojego PRL-owskiego dzieciństwa, w każdym domu był kajecik z przepisami. Szarobura, szorstka okładka, poplamiona margaryną albo oprawiony w plastikową okładkę, szary papier albo celofan z imieninowego kwiatka. Byłam dość nieśmiałym dzieckiem, długo się czaiłam, żeby o coś zapytać, o coś poprosić, bywało więc, że dużo tych ciast u kogoś zjadłam, nim odważyłam się zapytać: „ciociu, czy możesz dać mi przepis na to ciasto?”. W pamięci jest też scena z domu mojej wakacyjnej przyjaciółki, która miała sporo starszą siostrę.

Była sroga zima, mróz szczypał w uszy, a nim wyszło się z domu, trzeba było założyć grube wełniane skarpety udziergane przez babcię na pięciu drutach. A w progu każdego domu, w sieni właściwie, buciory należało zdjąć. Grzałyśmy potem zmarznięte stopy na kaloryferze, plotkując o wszystkim i o niczym. Jej siostra zawołała nas do kuchni, po coś tam, a ja siedziałam na drewnianym zydelku i gapiłam się, jak zręczne dłonie formują kulki ciasta, które po chwili lądują na grubej warstwie marmolady. Marmoladą był posmarowany kruchy spód ciasta, na wierzch słodka piana, potem do pieca i to nieskończenie długie czekanie. A potem jeszcze musiało wystygnąć. Gorącego nie wolno, brzuchy was będą boleć! Czekałyśmy więc, a ja patrzyłam jak mróz wymalował nocą wzory na oknach. W Warszawie nie było takich spektakularnych zim. Były, wiadomo, ale jakieś takie rozdeptane, porozgarniane, rozjeżdżone autobusami. Tam natura była śnieżnobiała, skrzyła na błękitno, kiedy słońce wyszło zza chmur. Nigdy nie zapomnę tych wszystkich kocurów, którym do domu wolno było wejść tylko na chwilę, by coś skubnąć, napić się ciepłego mleka. Zimą ich futro było tak gęste, że ledwo zatapiałam w nim małe palce. Wtulałam w nie twarz – pachniały dymem z komina, jakąś dziką, nieznaną przygodą. I sianem, w którym spały.

Byłam mała, to były czasy podstawówki, nie wiem, czemu gotowanie tak bardzo nas interesowało. Potrafiłyśmy gotować budynie, robić domowe lody, smażyć naleśniki, no i przede wszystkim piec. Każda z nas miała swój pierwszy kajet, kupiony samodzielnie w lokalnym kiosku, ozdobiony rysunkami, naklejkami. Kajet, który skrupulatnie wypełniałyśmy zapiskami. Mam go do dziś, a w nim przepisy pisane ręką mojej przyjaciółki. Bo z tej miłości ona pisała w moim, a ja w jej, żeby ładniej było i staranniej. I kiedy każda z nas po feriach wracała do swoich zajęć, mogłyśmy tam zajrzeć i przypomnieć sobie wspólne, dziecięce, beztroskie chwile.

Pierwsze ciasto? Murzynek. ZPT (Zajęcia Praktyczno-Techniczne), sala z czterema czy sześcioma kuchenkami, kilka szkolnych ławek i my, same dziewczynki. Uczyła nas Pani Teresa, kobieta w okularach, okrągła i przyjazna. Otwarta na nasze młode pytania, wyposażona w pakiet cierpliwości i wiedzy, którą się z nami dzieliła. Robiłyśmy różne rzeczy – szycie (głównie jakichś fartuszków, poduszek na igły, kosmetyczek na długopisy, dzierganie na drutach (niezliczone szaliki, często porzucone w połowie), choć miałam koleżankę, która wyprodukowała nawet solidny sweter z anitexu. Ja najbardziej czekałam zawsze na gotowanie. To był mój dzień! W domu, wiadomo, rodzice nie bardzo pozwalali na kuchenne eksperymenty. A bo składników namarnujesz, a bo w kuchni nabrudzisz, a i jeszcze prodiżem się oparzysz. A tu hulaj dusza – piecz, ile chcesz!

Nie pozwalali, ale ja i tak robiłam swoje. Czas między powrotem ze szkoły, a chwilą, kiedy mama wracała z pracy spędzałam albo lejąc się z bratem albo urzędując w kuchni. To chyba wtedy nauczyłam się, że w kuchni trzeba działać raz dwa, żeby nikt nie przyszedł i nie zaczął marudzić. Może dlatego te moje pierwsze murzynki były dość mizerne – niskie i zakalcowate, ale już wtedy nic nie było w stanie mnie powstrzymać.

Czasem, kiedy mnie ktoś pyta o początki i mówię: „Miałam wtedy 10 lat” i widzę niedowierzanie w oczach, wyciągam ten stary kajet. Boże, jest w nim wszystko. Tabelki, przepisy pisane różnymi kolorami, żeby było czytelniej, jak w szkolnych notatkach. I z dziesięć przepisów na murzynek. Dziś jeden z nich.

"Murzynek" z PRL-u

Składniki

200 g masła (w oryginale margaryna)

250 g cukru

3 łyżki kakao (dobrego, najlepszego. Ja uwielbiam Van Houtena, ale trudno je kupić)

250 g mąki pszennej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

3 jajka – osobno białka i żółtka

3 łyżki wody

3 łyżki alkoholu (w oryginale wódki, dziś zaszalałam z Amaretto)

garść świeżo łuskanych orzechów włoskich

opcjonalnie: kilka kropli aromatu migdałowego/arakowego/rumowego – to straszne coś, ale było w oryginale i mam to w szafce tylko do tego przepisu

Przepis

  1. Piekarnik nagrzać do 180 st C.
  2. Masło, cukier, wodę, kakao umieścić w garnuszku, zagotować i na malutkim ogniu gotować 5 minut. Zdjąć z ognia i poczekać, aż osiągnie temperaturę pokojową (to ważne, to był błąd, który popełniałam jako dziecko, bo nigdy nie chciało mi się czekać, więc dodawałam wszystko do gorącej masy, a potem: zakalec jak malowany!), Z tej masy odlać pół szklanki (to będzie polewa).
  3. Pianę ubić trzepaczką/mikserem. Ma być puszysta, ale nie tak sztywna, by się rozpadała na kawałeczki.
  4. Do ostudzonej masy dodać żółtka, alkohol, aromat/cukier waniliowy wymieszać trzepaczką (nie miksować!)
  5. Mąkę i proszek do pieczenia przesiać przez sitko (bardzo, bardzo ważne, żeby to zrobić, dzięki temu ciasto będzie puszyste) i wmieszać do ciasta na zmianę z pianą z białek i orzechami. Wszystko ma być elegancko połączone, ale nie ubite.
  6. Tortownicę (raczej niezbyt dużą, bo to nie jest duże ciasto) posmarować masłem i oprószyć tartą bułką lub mąką. Wlać ciasto i wstawić do piekarnika na ok. 45-50 minut.
  7. Po lekkim przestudzeniu podgrzać w garnuszku polewę, posmarować nią ciasto, a kiedy zastygnie – konsumować.
  8. Smacznego!
49
Previous Post
Next Post