Być bardziej eko

Długo się zbierałam do tego wpisu, oj długo. Nie wiedziałam od czego zacząć. Bo co to jest dziś „być eko”? Chodzisz z płóciennymi siatkami na zakupy, ale pijesz przez słomkę lodowe cappu w kawiarni, więc „prawdziwy ekolog” zarzuci Ci, że robisz za mało. Za mało, więc to trochę jak „wcale”. Myślę o tym bardzo bardzo dużo, też w kontekście wychowywania dzieci, które, jak wiadomo, uczą się przez przykład. Jeśli przeklinam przy nich, one przeklinają w przedszkolu – proste. Mówię o innych źle w domu, powtórzą to na podwórku.

Dawno, dawno temu, kiedy byłam dzieckiem żyjącym w PRL-u życie „eko” było jakby prostsze. Chciałaś kupić 30 dag kapusty kiszonej w warzywniaku, szłaś tam z własnym słoikiem. Szprotki w sklepie rybnym pakowali w… gazetę, mleko w szklanych butelkach, śmietana także. Oranżada wypijana w pośpiechu pod sklepem, bo butelkę trzeba zwrócić albo zapłacić za nią kaucję. Na bazar z własnymi siatami i koszykami wiklinowymi. Ziarna kawy w torbie papierowej, kasza na wagę. Książki w bibliotece starannie obłożone szarym papierem, papier pakowy i sznurek, żeby zapakować paczkę. Tak było. Dziś, z punktu widzenia tego, co się dzieje na świecie (vide: morza plastiku), tamte czasy wydają się jakby lepsze.

Potem przyszły lepsze, współczesne czasy, gdzie na tamte patrzyło się z pokpiwaniem. Młodsze pokolenie nie wyobrażało sobie, że do warzywniaka leciało się ze słoikiem, a wodę piło z saturatora. Ale śmieszne, mamo!

Czym dziś jest DLA MNIE eko? Wszystkim. Stylem życia, wyborami, jakich dokonuję każdego dnia. Jest jak domino – jedna mała rzecz powoduje następne. Już wiem, że eko to nie tylko płócienna siatka na zakupy i segregowanie śmieci, ale od czegoś warto zacząć 🙂

Zaczęło się trochę przez przypadek. Kilka tygodni przed wakacjami ukradli nam samochód. Rozważaliśmy różne opcje, ale ostatecznie pojechaliśmy pociągiem. Dzieci były zadowolone z eksperymentu, my jakoś specjalnie nie ucierpieliśmy, a moje nerwy były zadowolone najbardziej – za każdym razem kiedy wyjeżdżam na polskie drogi boję się, że już nie wrócę. Boję się tego szału, agresywnej jazdy na wariata.

Kiedy wróciliśmy, podjęliśmy decyzję, że spróbujemy żyć bez auta. Zobaczymy, jak to jest, a jeśli uznamy, że jest nam bardzo potrzebne, kupimy jakieś małe, miejskie, na dojazdy na działkę, większe zakupy czy wyprawę do przychodni. Kupiłam kartę miejską i zaczęłam podróżować po mieście komunikacją miejską. Na początku nie wiedziałam nawet, jak się kasuje bilety w nowoczesnym kasowniku… Szczególnie podpasowały mi tramwaje, potem zobaczyłam, że po mieście jeżdżą też autobusy hybrydowe. Nagle przestałam się spóźniać na spotkania, a nawet zaczęłam przyjeżdżać na nie przed czasem. Jeśli się ze mną umówisz „na mieście”, jest 98% szans, że będę tam przed Tobą 🙂 Przestałam się zamartwiać brakiem miejsc do parkowania, mandatami za przekroczenie czasu parkowania, kiedy spotkanie się przedłużyło, opłatami za ubezpieczenie, zmianą opon na zimowe, przeglądami, itd, itp. Kiedy brak auta nam doskwierał? Wtedy, kiedy wybieraliśmy się na działkę i korzystaliśmy z auta na minuty – nie zawsze było blisko, trzeba było nosić ze sobą foteliki dla dzieci i nieraz bardzo ciężkie siaty. Wtedy, kiedy jedna z moich córek była chora i musiałam co kilka dni jeździć z nią do lekarza na drugi koniec miasta. Ostatecznie po pół roku bez samochodu kupiliśmy małe, miejskie auto, w którym nasza piątka siedzi jak sardynki w puszce, ale siedzi i dojeżdża tam, gdzie się wybiera. W mieście. Na dalsze wyprawy wciąż wybieramy pociąg. Zmiana w mojej głowie jednak już nastąpiła i dziś, kiedy mam coś do załatwienia „na mieście” jadę tramwajem. Wciąż co trzy miesiące kupuję kartę miejską i wciąż korzystam z niej bardzo, bardzo dużo. Nie jest mi straszny deszcz ni słota ni jakieś gradobicie.

Plastik. To jest temat rzeka, temat ocean. Dużo się o nim mówi, dużo słyszy. U mnie zaczęło się od segregowania, a później zaczęłam się zastanawiać, ile jest plastiku we wszystkim, co nas otacza. Szokiem była dla mnie lektura książki „Jak uratować świat”, w której Areta Szpura odkrywa niewygodne sekrety, że np. kubki papierowe, które bierzemy z kawą na wynos są pokryte plastikiem. I papier do pieczenia też jest plastikiem powleczony. I kulki w paście do zębów to też granulki plastiku. I w peelingach, którymi tak zawzięcie szoruję się pod prysznicem. Zaczęłam się rozglądać i patrzeć na zabawki, na przedmioty codziennego użytku. Później, podczas jednej z kolacji, trafił mi się rozmówca pracujący przy recyklingu. Bardzo dużo się wtedy od niego dowiedziałam, ba, przeżyłam wstrząs. Zaczęłam inaczej patrzeć na styropian, na plastikowe przykrywki, których używamy do kawy na wynos. To był też impuls do tego, by zastanowić się nad tym, że każda, najmniejsza rzecz, która wymaga wyprodukowania, przyczynia się do zużycia naturalnych zasobów Ziemi. Zaczęłam sobie zadawać pytania o sens różnych dekoracji i dupereli produkowanych na masową skalę, które potem lądują w sklepach na półce z ceną 1,99 zł. Na co to i po co? Jeszcze niedawno sama cieszyłam się z tego, że udało mi się coś tanio „upolować”. Dziś już wiem, że wszystko co tanie jest kosztem czegoś.

Zaczęłam inaczej patrzeć na ubrania. Może nigdy nie byłam jakimś szalonym zakupoholikiem, a już na pewno żadna ze mnie poszukiwaczka okazji podczas wyprzedaży, ale kupowałam. Mam małe dzieci, które rosną w szybkim tempie. Nie stać mnie na to, żeby kupować im jedynie ubranka z certyfikowanej bawełny, uszyte na miejscu, choć gdybym mogła, bardzo bym chciała. Kupuję im sporo ubrań z drugiej ręki – w lumpeksach nie umiem nic znaleźć oprócz obrusa, korzystam więc z wyprzedaży na Instagramie – obserwuję sporo dziewczyn, które mają dzieci trochę starsze od moich i kiedy one sprzedają, bo ich córki wyrosły – ja kupuję. Ograniczyłam do minimum zakupy w sieciówkach, choć wciąż to robię, jednak nie kupuję już bezmyślnie i dużo, „bo było tanio”.

Trochę inaczej ma się sprawa z ubraniami dla dorosłych, dla mnie. Można powiedzieć, że przewartościowałam swoje podejście do tematu i dzisiaj zakupy dla siebie traktuję trochę jak „inwestycję w przyszłość”. Zadałam sobie podstawowe pytanie – jakie ubrania naprawdę lubię, w czym czuję się dobrze i co chcę nosić? Czy to są te super dziurawe dżinsy i opięty top, który ma dziewczyna, którą z takim zapałem obserwuję na Instagramie? Której styl mi się podoba i chciałabym tak, tylko… no właśnie, ani nie jestem do niej podobna, ani nie mam takiego wzrostu, ani okazji, żeby tak się ubrać. A może to super wystrzałowa kieca, która doskonale wygląda na tle zachodzącego słońca wśród wysokich traw albo kwitnących jabłoni? Hmn, też niestety nie. Zrozumiałam, że czasem żyłam wyobrażeniami tego, jak będę w czymś wyglądać, a rzeczywistość okazała się zgoła inna. Moja rzeczywistość kobiety, która na co dzień nosi dzieci, szarpie się z wózkiem na spacerze, wychodzi do kawiarni, żeby popracować albo leci na bazar z koszami i siatami. Rzeczywistość, kiedy wychodzę wieczorami, ale nie lubię być ubraniem opięta i skrępowana.

Polskie marki to temat ukochany. Chciałabym być ambasadorem tych wszystkich wspaniałych ludzi, najczęściej kobiet, które idą po swoje marzenia i szyją. Pisałam o tym nie raz i pewnie jeszcze będę do tego wracać, bo wciąż odkrywam coś nowego. Jeśli dobrze trafimy, to różnica jest widoczna gołym okiem. Dobrze uszyte, z certyfikowanych tkanin, starannie zaprojektowane i przemyślane różnią się zdecydowanie od tego, co sobie kupię w sieciówce. Na zdjęciu wszystko wygląda ekstra, ale pierwsze pranie weryfikuje nasze wyobrażenia o tym, jak to miało być. Ja chcę ubrań na dłużej, na kilka lat. Chcę, żeby wyglądały dobrze i nosiły się… miło. Spędziłam wiele godzin na rozmowach z dziewczynami, które założyły firmy szyjące ubrania. Wiem, jak poszukują tkanin, jak się starają, jak nie jest im wszystko jedno. Dają pracę pani Krystynie czy pani Halinie, która szyje. Płacą ZUS i podatki w Polsce. Dbają o ekologię.

Polskie marki to nie tylko ubrania, ale też naturalne kosmetyki, te do ciała czy dla domu. Przekonałam się, że dobrze dobrane produkty przez kogoś, kto się na tym zna, potrafią zdziałać cuda i już człowiek nie chce byle czego z drogerii. Zwłaszcza, jeśli zacznie czytać, co jest w kremach i żelach zapakowanych w kolorowe, przyciągające oko opakowania. Ograniczyłam ilość kosmetyków. Nie potrzebuję 10 kremów, 8 wód micelarnych (o, w tym to potrafiłam być naprawdę niezłym kolekcjonerem!) i 6 szamponów. Czytam etykiety. Unikam oleju palmowego. Staram się. Nie zawsze się da i mam tego pełną świadomość.

Na koniec. Chciałabym napisać, że każdy z nas jest tylko człowiekiem. Lubimy rzeczy, zakupy, chcemy dobrze wyglądać, świetnie się czuć. Nie chcemy, żeby ktoś wzbudzał w nas poczucie winy, krytykował, komentował nasze działania. Ja mam takie małe marzenie, żebyśmy spróbowali żyć bardziej świadomie. Zastanowili się, skąd jadą zimą ananasy i czy musimy jeść je wtedy kilka razy w tygodniu. Czy potrzebujemy sześciu świeczników made in China, które fajnie wyglądają w stylizacji na stronach sklepu. Stylizacji zrobionej w wielkiej hali, z wielką ekipą, oświetleniem, stylistami i topowymi fotografami. Czy świecznik ten będzie tak samo wyglądał, a przede wszystkim cieszył, w naszym skromnym M? Czy będziemy nosić dłużej niż raz te wszystkie ciuszki z wyprzedażowego wieszaka za 19,99 zł, czy może jednak zaraz jesień nadejdzie, a w nowym sezonie pojawią się zupełnie inne, ale fajne rzeczy, które też będziemy chcieli mieć? Czy lubimy stać w korku, w wielkim samochodzie, który dużo pali, wolno jedzie, kiedy obok śmigają tramwaje, którego nie ma gdzie w centrum zaparkować? Czy musimy jechać do hipermarketu po wielkie zakupy, czy może ten ser i ta sałata zwiędnie nim przyjdzie nam na nie ochota? Czy te buty podobają mi się tak bardzo, że chciałabym je mieć przez kilka lat czy jest mi wszystko jedno, że założę je trzy razy, a potem pasek się urwie i wyrzucę je do śmieci? Czy, czy, czy…

Polecam bardzo gorąco książkę „Jak uratować świat czyli co dobrego możesz zrobić dla planety” Arety Szpury. Kocham tę książkę szczerą, autentyczną miłością. Uważam, że gdyby każdy z nas ją przeczytał, coś by w nas drgnęło i zaczęlibyśmy robić coś, cokolwiek. Nawet trochę, nawet jakieś małe coś. Naprawdę nie trzeba stawiać życia na głowie jeśli nie możemy, nie chcemy, nie stać nas, itd itp. Chciałabym, żebyśmy życia bardziej eko nie postrzegali tylko w kategorii wyrzeczeń i poświęceń, bo często się okazuje, że jest to też… dobra zabawa. Ja tak miałam np. z naturalnymi kosmetykami. Ot kupowałam jakiś krem w aptece, smarowałam się nim beznamiętnie, ale że nic nie robił kupowałam następny, który też nic nie robił. Po zimie moja skóra była biedna, miałam doła, że to starość i że już lepiej nie będzie. Miałam epizody z kosmetykami naturalnymi, które sama sobie rekomendowałam i one też nic nie robiły. Potem „koleżanka kolegi koleżanki”, która miała zdecydowanie większe doświadczenie i „korbę” na punkcie kosmetyków naturalnych po szczegółowym wysłuchaniu moich utyskiwań i nadziei zrobiła mi listę i wpadłam jak śliwka w kompot. To była Alicja ze Składu Prostego. Zrozumiałam wtedy, że trzeba pytać mądrzejszych od siebie. Rozmawiać szczerze i ufać tym, którym… warto ufać.

Podobno każdy z nas ma dwa domy: jednym jest świat, a drugim nasze ciało. Zadbajmy o oba 🙂
Życzę Wam wielu owocnych przemyśleń 🙂

37
Previous Post
Next Post