Papierówki i polska szarlotka

W poniedziałkowe poranki odwiedzam pobliski bazar. Lubię obserwować, jak zmieniają się na nim pory roku, jak jedne warzywa zastępują kolejne. Zimą lubię ponarzekać do sprzedawców na brak wszystkiego, co tak lubimy – świeżych sezonowych owoców i warzyw. Tego, co rośnie w naszym kraju, co naturalne i tak bardzo nasze. Jestem otwarta na kulinarny świat. Cieszę się, że wszystko można dziś kupić, wszystkiego spróbować, zobaczyć, jak smakuje. Wszędzie, gdzie jadę, zawsze z zainteresowaniem odkrywam miejscowe smaki. Pamiętam, jak kiedyś, w południowych Indiach doceniłam jabłko. Bo tam jabłka nie rosną. Klimat jest nieodpowiedni, zamiast niego można zjeść banana. Kiedy siedziałam nad miską zupy pomyślałam sobie o owocach i warzywach, które mają różną wartość w zależności od tego, gdzie są uprawiane. To, co gdzieś jest rarytasem, u nas zwyczajne i niedocenione.

Niedawno mój Towarzysz Podróży zwrócił mi uwagę na to, że nie mam nawyku jedzenia owoców. Owszem, piekę z nich ciasta, robię desery, przetwory, koktajle, ale nie siedzę z miską truskawek na kolanach, nie zajadam się nimi. Najpierw pomyślałam o tym, że może nie smakują tak, jak kiedyś. A później zobaczyłam cały świat produktów dostępnych cały rok, a ten dostęp sprawia, że proste smaki straciły na wartości.
Przypomiałam sobie, jak dawniej z utęsknieniem wypatrywałam pierwszych kwaśnych jabłek na jabłonkach, z jaką radością zrywałam z przyjaciółką czerwonoczarne czereśnie do wielkiej torby i postanowiłam do tego wrócić.

Dziś pierwszy raz w tym roku zobaczyłam papierówki. Zwykłe zielone, niewielkie jabłka, które zawsze będą wspomnieniem wakacji. Bo kiedy się pojawiały wiedziałam, że oto mamy półmetek wakacji, że jeszcze czas się nimi cieszyć, odpoczywać, biegać, szaleć i wygłupiać. Nie bylam wielbicielką papierówek – dla mnie zbyt miękkich i nieco nijakich w smaku. Ale świetnych na szarlotki.

Kiedyś, przy okazji pisania o jabłkach, kiedy podawałam przepis na moją ulubioną szarlotkę, wspominałam o innym przepisie, z przedwojennej książki kucharskiej, której nie mam, nie pamiętam nawet jej tytułu. W każdej książce z tamtego okresu, najpierw patrzę na desery i wypieki. I na szarlotki też. Z tej książki zaczerpnęłam proporcje składników na ciasto. Jabłka, jak też czas i temperaturę pieczenia ustaliłam sama, ponieważ to źródło ich nie precyzuje.
Ta szarlotka jest wspaniała. Taka tradycyjna, zwyczajna, polska.

Szarlotka polska

Ciasto:
2 szklanki mąki (użyłam szklanki o pojemności 250 ml)
125 g masła
2-3 żółtka
2 łyżki cukru
łyżeczka spirytusu
sody na końcu noża
trochę letniej wody (ok. 2 łyżek)
odrobinę soli (ok. 1/4 łyżeczki)

Z wymienionych składników zagnieść ciasto – powinno być gładkie, nie lepić się do rąk, ale też niezbyt twarde. Najpierw zagniatamy ciasto bez wody, a następnie dodajemy jej po trochu. Ciasto dzielimy na 2 części i odkładamy, by odpoczęło.
W tym czasie przygotowujemy jabłka:

Jabłka:

1 kg kwaśnych jabłek (papierówki, antonówki, szara reneta)
cukru do smaku – ja użyłam ok 3/4 szklanki
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki mielonych goździków i tyle samo gałki muszkatołowej
1 łyżka masła

Jabłka obrać i pokroić w ćwiartki.
Na patelni rozpuścić masło, wrzucić jabłka, chwilę podsmażyć ciągle mieszając. Kiedy zaczną mięknąć, dodać cukier i przyprawy. Poddusić aż zaczną się rozpadać. Ostudzić.

Formę (używam różnych, np tortownicy o średnicy 26 cm), lekko wysmarować masłem i wysypać mąką. Wylepić spód 1/2 ilości ciasta – staram się, by spód był możliwie najcieńszy. Ponakłuwać widelcem i wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 st C na 10 minut.
Wyjąć z pieca, jabłka wyłożyć na podpieczony spód. Pozostałą część ciasta pokruszyć na jabłka. Wstawić do piekarnika i piec kolejne 40 minut. Należy sprawdzać, czy ciasto nie przypieka się za bardzo. Czas pieczenia zależy od piekarnika i wielkości formy.

Upieczoną szarlotkę ostudzić, posypać cukrem pudrem.

Smacznego!

Piosenka Tygodnia:
Una notte a Napoli

14 komentarzy
Poprzedni
Następny