
Miałam dziesięć lat. Wracając ze szkoły wchodziłam do spożywczaka po paczkę bakalii. Jedynych, jakie były wtedy w sklepie. Przypadkowa mieszanka rodzynek i orzeszków. Spod kuchennej szafki wysuwałam stary prodiż, smarowałam go masłem, wysypywałam tartą bułką i zabierałam się za robienie ciasta. Moja cierpliwość w tamtym czasie była minimalna, robiłam więc wszystko po swojemu, idąc na skróty i improwizując. To było pierwsze ciasto, jakie samodzielnie piekłam, a robiłam je na tyle często, że w pewnym momencie nauczyłam się przepisu na pamięć. Pierwsze egzemplarze były zbite i miały co najwyżej trzy centymetry wysokości. Mama nie była zadowolona, że marnuję jajka i robię bałagan w kuchni, ale moje ciasto miało swoich fanów, przede wszystkim w postaci mojego taty i brata. Umieli docenić kunszt dziesięciolatki ;) Minęło tyle lat, a ja wciąż mam sentyment do tego przepisu. Choć już dawno przestałam używać do niego margaryny, którą zastąpiłam masłem. Dałam sobie też spokój ze sztucznymi aromatami „arakowym”, „rumowym” czy „migdałowym” i dziś zastępuję je wanilią. Zmniejszyłam ilość cukru… Cóż, może to nie koniec modyfikacji? Z wiekiem zmienia się smak, wiele rzeczy wydaje się za słodkich albo za suchych. Takich czy owakich.
Przed Wami przepis z mojego dzieciństwa w wersji Anno Domini 2023. Dawniej zwany „murzynkiem”. Potem nazwa zaczęła wzbudzać kontrowersje i w sumie się temu nie dziwię. Nazwijmy go więc po prostu: Ciastem czekoladowym, najłatwiejszym, jakie można sobie wyobrazić. Żeby nie miało 3 cm wysokości, a rosło, jak należy, po pierwsze trzeba wystudzić masę czekoladową zanim zaczniemy dodawać do niej pozostałe składniki, a po drugie delikatnie wmieszać ubitą pianę z białek (zamiast ją do ciasta wmiksować, jak miałam zwyczaj robić we wczesnej młodości, co mnie gubiło ;) )
Dziś też rzadko piekę w prodiżu, łatwiej mi sięgnąć po formę do pieczenia. Wybrałam keksówkę, ale spokojnie może być też tortownica o średnicy ok. 22-24 cm.


Najłatwiejsze ciasto czekoladowe
dawniej zwane „Murzynkiem”
Składniki
- 3 jajka (osobno białka i żółtka) w temperaturze pokojowej, szczypta soli
- 200 g cukru
- cukier z prawdziwą wanilią lub 1 łyżeczka esencji waniliowej (naturalnej, sztucznym esencjom mówimy: nie)
- 250 g masła + 3 łyżki wody
- 4 płaskie łyżki kakao
- 200 g mąki plus 1 łyżeczka proszku do pieczenia (wymieszane i przesiane przez sitko. To ważne.)
- 2 łyżki wody
Przepis
- W garnku umieścić masło, 3 łyżki wody, kakao i cukier z wanilią. Zagotować na małym ogniu, następnie gotować 2-3 minuty (aż zacznie bulgotać). Zdjąć z ognia i całkowicie ostudzić (to ważne!). Odlać ok. 100 ml na polewę.
- W misce ubić białka ze szczyptą soli. Białka ubijamy na sztywną, ale miękką pianę.
- Do ostudzonej masy dodać 2 łyżki wody, żółtka, przesianą mąkę i dokładnie wymieszać (łyżką lub łopatką, mikser jest tu całkowicie zbędny). Masa musi być naprawdę dokładnie wymieszana, również na dnie garnka.
- Piekarnik nagrzać do 180 st C.
- Dodać ubitą pianę i delikatnie, ale dokładnie wmieszać ją do masy pomagając sobie łopatką.
- Formę do ciasta (np. keksówkę o pojemności około 1 litra czyli np 20-22 cm długości lub tortownicę 22-24 cm) posmarować masłem, wlać do niej ciasto, wygładzić łopatką.
- Wstawić do piekarnika i piec 45-50 minut. pod koniec sprawdzić drewnianym patyczkiem, czy ciasto nie jest surowe w środku.
- Wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i pozwolić ciastu nieco przestygnąć.
- Polewę podgrzać w garnuszku, jeśli jest za gęsta, dodać 1 łyżkę wody. Polewą posmarować ciasto.
Gotowe! Smacznego :)







