Spotkanie z Mistrzem Czekolady Lindt Excellence

Jak poprawić sobie humor i zniwelować przedwiosenne smuteczki? Poprosić męża, żeby został z dziećmi, a samej udać się na spotkanie z Mistrzem Czekolady Lindt. Potrzebowałam nowych inspiracji, miłych ludzi przy stole i czegoś nowego, czego mogłabym się nauczyć. Tak dawno nigdzie nie byłam, więc kiedy nadarzyła się okazja, od rana siedziałam jak na szpilkach. Zupełnie jakbym miała reisefieber. Rzadko chodzę na takie imprezy, prawie wcale. Wybieram tylko to, co naprawdę mnie interesuje i zazwyczaj trafiam w dziesiątkę. I tak było tym razem.

Okazją była wizyta w Polsce Stefana Bruderera, szwajcarskiego Maitre Chocolatier Lindt, który od szesnastego roku życia pasjonuje się czekoladą. Początkowo pracował jako praktykant w cukierni niedaleko Zurychu, później studiował sztukę i design oraz technologię żywności, a dziś pracuje jako Mistrz Czekolady, gdzie tworzy smaki gorzkiej czekolady Lindt Excellence. Na pierwszy rzut oka wyglądał na 27 lat, więc kiedy powiedział, że czekoladą zajmuje się od 25 lat… lekko się zdziwiłam i pomyślałam, że być może czekolada to najlepsze antidotum na upływ czasu. Zamierzam od dziś jeść jej zdecydowanie więcej 😉 Stefan jest pasjonatem i opowiadał o tym, w jaki sposób selekcjonuje się nasiona kakaowca, jak się je zbiera, suszy, fermentuje, praży, mieli i konszuje. Okazuje się, że nie zawsze wyższa procentowa zawartość kakao sprawia, że czekolada jest gorzka. Czekolada ma być gładka, aksamitna, rozpływać się w ustach i mieć bogaty smak, który jest wynikiem odpowiedniej technologii i doboru nasion kakaowca.

owoc kakaowca

Czekoladę Lindt jem od kiedy pojawiła się w Polsce, czyli całe moje dorosłe życie. To pierwsza czekolada, po którą sięgam w sklepie, bo od czekolad mlecznych wolę zdecydowanie te gorzkie. Znam wszystkie smaki, zawsze mam w domu przynajmniej tabliczkę, a moje dzieci, kiedy proszą o czekoladę, zazwyczaj dostają kawałek ciemnej, 70%. W gorzkiej czekoladzie rozsmakowałam się już dawno temu i potrafię dostrzec w niej to coś: dymne nuty, czarną porzeczkę, cierpki aromat wina czy kawy. Doceniam to, że w czekoladzie gorzkiej jest tylko miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy i prawdziwa wanilia. Nie ma w niej niczego sztucznego, co udaje coś, czym nie jest.

Lindt używa ziaren kakaowca z Ekwadoru, Ghany, Madagaskaru i Wysp Karaibskich. Tabliczka Lindt Excellence powstała nie tak dawno temu, bo w roku 1989 z inicjatywy jednego z Mistrzów Czekolady, który eksperymentował z różnymi rodzajami nasion kakaowca, zawartością kakao oraz kombinacjami masła kakaowego i cukru w różnych proporcjach. Od tamtej pory powstała gama czekolad gorzkich, choć moją ulubioną wciąż pozostaje ta pierwsza, 70% oraz czekolada z solą morską. Używam jej też do pieczenia i gotowania – rozpuszczam tabliczkę w mleku albo piekę brownie. To jedna z niewielu czekolad, które elegancko się topią i nie zostawiają grudek.

Najchętniej jem czekoladę solo, bez popijania jej kawą czy herbatą, ale podczas degustacji z przyjemnością próbowałam łączenia jej z winem. Tu przyszła nam z pomocą somelierka z Opasłego Tomu, w którym odbywała się kolacja. Opasły Tom kobietami stoi, bo i w kuchni szefuje fantastyczna Flavia Borawska. Kiedy przed kolacją wyszła do nas, by opowiedzieć o daniach, które przygotowała, zrozumiałam, że oto stoi przed nami reprezentantka nowej fali kucharzy – otwartych na świat, wykształconych, światłych, doskonale wiedzących, co i po co robią. Korzystających z rodzinnych doświadczeń, ale również tych szlifowanych w świecie, podczas podróży i ciężkiej pracy. W dodatku przepiękna kobieta. To jest bardzo, bardzo optymistyczny trend i uśmiecham się na samo wspomnienie Flavii.

Spędziłam uroczy czas, gdzie wszystko było perfekcyjne, dopracowane i pozostawiające miłe wspomnienia. Marce Lindt dziękuję za możliwość wzięcia udziału w kolacji.

 

9
Previous Post
Next Post