Reminiscencje działkowe

Spaliłam ciasto. Miało być z jagodami, wyszperanymi z zamrażarki na początek nowego sezonu. Adios wszystkie mrożonki, robimy miejsce na nowe. Ale nastawiłam piekarnik na 70 minut, nie wiem, co mnie podkusiło, miało być 35 góra czterdzieści. No i poszłam lulać to najmniejsze, które zawsze po weekendzie ma życzenie być non stop z mamą. Gdyby mówiła, wołałaby nieustannie mamo, mamo. Ale ona tylko patrzy tymi swoimi oczami szeroko otwartymi, takimi, w których jest cała niewinność tego świata. W których odbija się tylko czyste niebo i twarze, w których ktoś się do niej uśmiecha i mówi: gu gu, a to chłopczyk czy dziewczynka. Wyjmuję więc ciasto ze spieczonym brzegiem i sprawdzam, czy się jeszcze do czegoś nada. Czy może wystarczy odkroić ten lekko zwęglony, gorzki brzeg i zjeść resztę. W końcu babcia często przypalała drożdżowe. Do przypalonego była zawsze kolejka, do nieprzypalonego już nie. Jak ty sobie radzisz z tym wszystkim pyta mnie koleżanka, którą przypadkiem spotykam na ulicy. Ja mam jedno i nie wyrabiam na zakrętach, a ty, mówisz, masz trzy córki. Jakoś się wszystko układa, pomagamy sobie, wiesz, czasem padam na twarz, nie wiem, jak się nazywam, mylą mi się dni tygodnia, listonoszowi w kajecie piszę datę odbioru rok 1997, a bo coś mi się pomerdało. Ale potem przychodzi jakiś miły, słoneczny dzień, kiedy wstajemy rano i właśnie jest sobota, nic nie musimy, nigdzie się nie spieszymy i wiemy, że nikt nikomu nie sprawi przykrości nagłą zmianą planów, jakimś wyjściem samotnym bez ostrzeżenia z trzaśnięciem drzwiami, jakimś fochem czy innym dąsem. Więc kołyszemy się tak w takim dniu radosnym, dzieci zdrowe, my zdrowi, jest ciepło, jest co jeść, pakujemy majdan i jedziemy na działkę. Wiesz, że mam działkę? Słyszałaś o tym? Kupiłam w zeszłym roku. Zapuszczona, chaszcze po kolana, kompostownik na środku, a w chatce stary grzebień i płyn do opalania sprzed dwunastu lat. Tak, to możliwe. Serio, naprawdę. Wynosiliśmy te wszystkie towary do kontenera na śmieci, bez litości, bez sentymentów, bo w końcu to nie nasze sentymenty, a raczej cudze. Kiedy pole bitwy zostało uprzątnięte, zabraliśmy się za nasze pomysły. Na początku chciałam tam zrobić angielski ogród, raj jak z żurnala. I już miałam wsiadać w samochód i jechać do Tomaszewskiego po rośliny, kiedy wpadłam na pomysł, żeby się przejść, pospacerować i zobaczyć działki tych wszystkich dziadków i babć. „No jasne, protesty działkowiczów! Płuca Warszawy? Ich pietruszka to niby płuca Warszawy? Phi” psioczył kilka lat temu znajomy, któremu poskarżył się jakiś deweloper, że działkowcy nie chcą ziemi oddać pod wspaniałe osiedla ogrodzone wysokim płotem. Przecież oni mieli zamiar zrobić tam i mini park dla mieszkańców i może jakieś niewielkie jeziorko, a i bazarek warzywny z prawdziwego zdarzenia, na styl tych francuskich eleganckich ryneczków z marchewką za 12 euro by się zrobiło. A tu działkowiec głupi protestuje i nie chce oddać działki. No więc założyłam kalosze i zrobiłam tour po działkach chcąc zobaczyć te wątłe szczypiorki i kwiatki hodowane na handelek pod sklepem spożywczym. I tu zonk. Zobaczyłam prawdziwe, wypasione ekosystemy: eleganckie domki z żaluzjami, szklarnie z pomidorami w piętnastu odmianach, kwiaty takie, że szczęka opada. Najnowocześniejszy sprzęt ogrodniczy i działkowców, którzy nawet jeśli mieli po sto lat, to działką potrafili zająć się lepiej niż ten deweloper, który jedyne, co potrafi odróżnić, to tuja, rzodkiewka i migdałek. Zabrałam się więc za uprawę tych trzystu pięćdziesięciu metrów, wciągając w to Męża i Rodziców. Ojciec, którego trudno z domu wyciągnąć (nie wychodzi, jak nie musi), nagle zapałał sympatią do łopaty, różanych krzaków, a w sobotę na hasło: „działka” zrywa się o świcie. Nie było więc zmiłuj  i nie pytałam grzecznie, czy przyjadą. To było oczywiste. Sobota albo inny wolny dzień: meldunek na działce. Pierwszy, kto przyjedzie, wstawia wodę na herbatę i wietrzy altanę. Czy my kiedyś odpoczniemy, czy my kiedyś usiądziemy utyskiwali czasem, ale odpowiedź znali przecież aż za dobrze. Byli też znajomi znajomych, którzy nieśmiało zagajali: bo wiecie, my możemy wpaść popielić.  Uhm, tak, na pewno. Mężu, czy ty naprawdę wierzysz w to, że oni przyjadą „popielić”, czy oni wiedzą, co to znaczy? W tych szpilkach, obcasach i białych chinosach, z okularem lustrzanym opartym na ufryzowanej głowie. Wierzysz? 

W dorosłym życiu zmieniło się u mnie to, że jak sobie coś postanowię, to doprowadzę temat do końca. Bo w młodości to różnie bywało, łapałam sto srok za ogon. Jak z tymi zeszytami, co to kupujesz pięćdziesiąty siódmy, żeby zacząć w nim pisać, podczas kiedy w piętnastu coś tam zapisane, tu strona, tam trzy, a tam siedemnaście. W myśl zasady złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy. Więc jak już się wzięłam za tę działkę, to postanowiłam doprowadzić temat do szczęśliwego finału nawet kosztem moich ludzi, którzy pytali czasem, czy nie są moimi najemnikami. Dziś moi „najemnicy” przyjeżdżają na działkę rekreacyjnie. Tam coś podleją, tu przytną, ale najważniejszy temat to dziś: co zjemy na obiad. Planowanie zaczyna się już w środę lub czwartek. Co ugotujemy, co wcześniej zamarynujemy, a ile tego i oby nie za dużo. Małe pojemniki z tym czy tamtym, sałatka z mango, pomidora i świeżej kolendry i czarnego pieprzu to jeden z hitów. Zawsze musi być. Dla wszystkich? Oczywiście, że nie. Oczywiście, że przede wszystkim dla mnie. I pieczywo czosnkowe to obowiązek. Przed wyjściem smarujemy buły grubą warstwą świeżo tłuczonego czosnku z oliwą. Idziemy z tobołami, wracamy zadowoleni i najedzeni. Jak dla mnie, niech sobie będzie takie lato w mieście.

Dwa przepisy na szybkie dania z grilla

Sałatka:

Dojrzałe mango pokrojone w grubą kostkę, pomidory, świeże liście kolendry, chlust oliwy z oliwek, świeżo mielony pieprz

Marynowane piersi kurczaka zagrodowego:

dzień przed grillowaniem robimy marynatę: 1 łyżka wędzonej papryki w proszku, 1 łyżka mielonego kminu indyjskiego, 1 łyżka mielonej kolendry, 1/2 łyżeczki pokruszonego chilli, 2 ząbki czosnku ugniecione w moździerzu, kilka łyżek oliwy z oliwek. Do tego 2-3 duże piersi z kurczaka zagrodowego pokrojone w grubą kostkę. Całość przekładamy do torebek strunowych, masujemy i zamykamy. Chowamy na noc do lodówki. Nazajutrz nadziewamy kawałki mięsa na namoczone wcześniej w wodzie patyczki do szaszłyków i grillujemy tyle, ile lubimy.

Smacznego 🙂

 

16 komentarzy
Poprzedni
Następny