Japoński chlebek mleczny – najlepszy!

Jestem! Dzień dobry!
Potrzebowałam tej przerwy, hmn, wciąż jeszcze trochę jej potrzebuję, ale jednocześnie chcę już wrócić i pisać jak dawniej. Tylko tu, na blogu, mogę sobie pisać, co chcę i jak chcę i nie myśleć o algorytmach i innych głupotach, które sprowadzają naszą pracę w social mediach do pracy jednej z miliarda mrówek w mrowisku. Bo tym jest dziś publikowanie w social mediach. Albo dostosujemy się do reguł ustalanych z góry albo wypadamy z gry. A ja chcę iść swoją własną drogą, po swojemu i chcę pisać do tych, którzy chcą mnie czytać i odwiedzać.

Dużo mam ostatnio przemyśleń na temat internetu. Na temat tego, czym był dla mnie kiedyś, a czym jest dziś. Bo choć w internecie potrafiłam znaleźć inspiracje do działań, to i tak całej wiedzy szukałam gdzie indziej – w fachowych książkach i u ludzi, którym mogłam spojrzeć w oczy i wiedzieć, kim są.

Dziś coraz częściej wyłączam telefon i szukam wiedzy, radości i piękna w realu. Paradoksalnie – im świat się bardziej cyfryzuje, tym ja chętniej i częściej uciekam tam, gdzie widzą mnie tylko najbliżsi. Do moich książek, kwiatów, dzieci i garów.

A tu chcę być dla garstki tych, którzy o mnie pamiętają i czasem piszą do mnie wiadomości. Dziękuję za to. Pisanie i gotowanie dla Was to jak kameralny koncert w małej, przytulnej sali, a ja kameralne koncerty lubię najbardziej. Bo bez względu na to, jak duże mam „zasięgi”, to i tak siadając przed klawiaturą, myślę właśnie o Tobie 🙂

Wracam dziś z japońskim mlecznym chlebkiem. Pewnie jest gdzieś tu już podobny przepis, ale ten jest lepszy.

Japonia… Minęło już sześć lat od mojej wizyty w Japonii. Czasem tęsknię. Szczególnie wieczorami, kiedy odpalam telefon i przeglądam zdjęcia. Albo kiedy oglądam książki o Japonii. Wycieczka była wspaniała, ale czas trochę trudny, bo pojechaliśmy tam z naszą malutką córeczką, która za nic nie mogła przestawić się na zmianę czasu – w dzień spała, w nocy grasowała. Chodziliśmy więc po miastach z wiecznie śpiącym dzieckiem, a nocami dyżurowaliśmy przy niej – bawiła się w najlepsze, my nieco słabiej. Ten czas wspominam jako jedzenie cudownych rzeczy – nie było dnia bez sushi i ramenu. Sushi kupowane wszędzie – bo tanie, dobrej jakości i dużo. Ramen dostępny na każdym kroku – lepszy, gorszy, ale zawsze ciepły i pożywny. Ale było coś jeszcze – trójkątne kanapki na białym, mlecznym, lekko słodkim chlebie tostowym. Z tuńczykiem, jajkiem i japońskim majonezem. Uzależniające.

Piekę chleb tostowy, wiadomo. Taki lekko słodki też umiem, ale tu absolutnie kluczowa okazała się zamykana foremka do pieczenia. Zupełnie nie wiem czemu tak trudno ją kupić w Polsce. Są niby jakieś formy do chleba tostowego, ale albo podwójne albo bardzo długie. Przetrzepałam internet, kupiłam formę, czekałam na nią bardzo długo i nawet zastanawiałam się, czy kiedykolwiek ją zobaczę. (Nie polecam więc żadnego konkretnego sklepu, jeśli postanowicie ją kupić – musicie zdać się na intuicję). Przyszła. Mam. Piekę.

Japoński chlebek ma specyficzną strukturę dzięki metodzie, która się nazywa tangzhong – mleko (lub wodę, zależnie od przepisu) podgrzewa się z mąką do temperatury 65-80 st C, cały czas mieszając, dzięki czemu powstaje coś na kształt budyniu (lub kleju, jak kto woli). To studzimy, potem dodajemy do ciasta, które mieszamy z pozostałymi składnikami.

Mleczny chlebek japoński - najlepszy!

Będziecie pytać o takie rzeczy: czy mogę pominąć mleko w proszku? Czy mogę zastąpić drożdże świeże suszonymi? A co jeśli nie mam takiej foremki?

A ja odpowiem: możesz pominąć, ale lepiej nie. Zamiast drożdży świeżych możesz użyć 1 opakowanie (7 g drożdży suszonych instant, ale błagam, sprawdź, czy data ważności to nie rok 2001 albo czy opakowanie nie zostało otwarte tak dawno, że już nie pamiętasz, kiedy). Jeśli nie masz takiej foremki, użyj zwykłej keksówki, ale solidnie posmaruj ją masłem zanim włożysz do niej ciasto. Mogłabym Ci poradzić jeszcze tak: postaw na foremce coś ciężkiego i wstaw do piekarnika, ale… próbowałam robić tak kilka razy i czasem ciasto było silniejsze niż to coś, co na nim postawiłam, więc nie polecam. Weź zwykłą keksówkę i już. Albo poszukaj w necie takiej zamykanej.

Super ważne jest to, żeby wstawiać do piekarnika elegancko wyrośnięty bochenek – powinien wypełnić foremkę tak w ok. 80% pojemności. Nie ma nic gorszego niż wstawienie do piekarnika niewyrośniętego chleba i wyjęcie upieczonego, popękanego z każdej strony suchego gniota. Tego nie chcemy brrrr. A czego chcemy? Puszystego, mięciutkiego miąższu, coś jak wata cukrowa. Może być?

Składniki

Tangzhong czyli „klej”:

  • 100 g mleka
  • 20 g mąki pszennej

Ciasto właściwe:

  • 125 g mleka, przegotowanego i ostudzonego
  • 1 żółtko
  • 20 g świeżych drożdży
  • 20 g cukru pudru
  • 3/4 łyżeczki soli morskiej
  • 15 g mleka w proszku tłustego
  • 285 g mąki pszennej (chlebowa lub mąka '500′)
  • 30 g masła miękkiego, w temp pokojowej

Jeśli pieczesz w otwartej keksówce: potrzebujesz dodatkowego jajka plus 1 łyżkę mleka (lub śmietany)

Przepis

  1. Najpierw robimy „klej”: do garnuszka wlewamy mleko i wsypujemy mąkę. Podgrzewamy na malutkim ogniu cały czas mieszając, by nie zrobiły się grudki. Gotujemy około 3 minut. Masa nie powinna się zagotować, powinna osiągnąć 65-80 st C. Zdejmujemy z ognia, przykrywamy talerzykiem, co by się nie robił na wierzchu kożuch i czekamy, aż ostygnie. A będzie stygło 15-30 minut.
  2. Do dużej miski kruszymy drożdże, wlewamy przegotowane (ale nie gorące, bo zabijemy drożdże!) mleko, wsypujemy cukier, mieszamy i czekamy kwadrans. Przypominam, że kwadrans to 15 minut 😉
  3. Teraz dodajemy pozostałe składniki oprócz masła. Dodajemy również „klej”. Wyrabiamy ciasto. Zajmie to około 5 minut. Można ręcznie lub mikserem. Jeśli mikserem, to używamy końcówki typu „wiosło”. Kiedy masa będzie elegancka i gładka, powoli dodajemy masło i zagniatamy jeszcze minutkę lub dwie – masło musi być dobrze wmieszane w ciasto.
  4. Z ciasta formujemy kulę. Wkładamy ją do miski, przykrywamy talerzykiem lub folią i odstawiamy na 45-60 minut. Ciasto musi wyraźnie urosnąć. I teraz uwaga – jeśli nie rośnie, to najprawdopodobniej było coś nie teges z drożdżami. Uczulam na to 🙂
  5. Ciasto dzielimy na 3 równe kawałki (u mnie to kawałki o wadze najczęściej 222 g – serio!). Ważne, żeby były równe, bo potem ciasto będzie równo rosło, a nie góry i doliny.
  6. Każdy kawałek lekko zaokrąglamy, przykrywamy miseczką lub folią, by nie wysychały i odstawiamy na 10-15 minut. To pomoże ciastu nieco odpocząć i będzie je można łatwiej potem formować.
  7. Każdy kawałek delikatnie rozpłaszczamy i wałkujemy na kształt owalu – wszystko jedno jak duży, ja wałkuję na ok. 30 cm długości. Prawy bok składamy do środka, potem lewy bok składamy do środka, a następnie rolujemy z dołu do góry (jak na zdjęciach). Staramy się, by to wszystko było w miarę równe i nic nie wystawało po bokach. Powtarzamy ten sam manewr z pozostałymi dwoma kawałkami ciasta i rulony umieszczamy w wysmarowanej formie do pieczenia – „ślimaki” powinny być przytulone do dłuższego boku foremki, a złączenie ciasta na dole – trudno to opisać, więc zerknijcie na fotki, proszę. Foremka, której używam, ma wymiary: długość 20 cm, szerokość 12 cm, wysokość 12 cm.
  8. Piekarnik nagrzewamy do 200 st C.
  9. Jeśli używamy tradycyjnej keksówki, przykrywamy ją folią lub talerzykiem, by ciasto nie wysychało. A jeśli formy z zamknięciem, to zamykamy.
  10. Po około 30 minutach ciasto powinno wypełnić formę w ok. 80%.
  11. Jeśli pieczemy bez przykrycia to bierzemy jajko, mieszamy je z łyżką mleka i smarujemy wierzch, a jeśli w zamkniętej foremce, to niczym nie smarujemy.
  12. Kiedy ciasto wyrośnie, wstawiamy je do piekarnika i od razu zmniejszamy temperaturę do 190 st C. Pieczemy 30 minut. Następnie zdejmujemy pokrywkę i dopiekamy jeszcze 5-7 minut.
  13. Jeśli pieczemy w formie bez przykrycia, sprawdzamy stopień zrumienienia skórki po około 25 minutach.
0
Previous Post
Next Post