Karta czy gotówka?

-Karta czy gotówka? – pyta mnie mój ulubiony pan na bazarze podając mi kosze z ziemniakami.

-To u pana można płacić kartą? – odpowiadam zdziwiona

-Cywilizacja dotarła nawet na bazar! – mówi, wyraźnie z siebie zadowolony.

A było tak: otrzymałam maila z Visa*, czy zechcę odpowiedzieć na pytanie o mój stosunek do płatności zbliżeniowych. Pytania takie zawsze wywołują w mojej głowie lawinę większych lub mniejszych wspomnień, bowiem jestem dzieckiem PRL-u, które latało po podwórku z kluczem na szyi, do warzywniaka ze słoikiem na kapustę kiszoną (albo wielorazową torebką foliową, takie to były eko czasy). Jestem dzieckiem czasów wyłącznie gotówkowych, bo karty kredytowe widywało się może u wujka z zagranicy, a i to nieczęsto, bo wujek zazwyczaj miał plik dolarów zwanych romantycznie „zielonymi”. Pomyślałam więc, że to pytanie może być zaczątkiem mojego wywodu o dawnych i współczesnych zakupach.

W dawnych czasach, kiedy byłam dzieckiem, często towarzyszyłam ojcu w wyprawach a to po gołębie na giełdę w Rembertowie (tata sam nie hodował gołębi, ale robili to jego przyjaciele), a to na giełdę samochodową po, dajmy na to, Poloneza. Te wyprawy odbywały się zawsze bladym świtem. Trzeba było wstać raz dwa, napić się gorącej herbaty, przekąsić jakąś kanapkę, a potem grzecznie i cicho wyjść z domu, żeby nie obudzić pozostałych domowników. Uwielbiałam te wycieczki! Na giełdach z gołębiami zawsze się ktoś ulitował i dał mi potrzymać drżącego, puchowego masłowego, pawika albo jakiegoś innego gołąbka. Zdarzały się też chomiki, psy, koty, świnki morskie. Nie ukrywam, że za każdym razem liczyłam na to, że będzie to mój szczęśliwy dzień i wrócimy z jakimś chomikiem upakowanym do słoika. Musicie bowiem wiedzieć, że byłam miłośniczką zwierząt wszelakich, a z braku laku hodowałam na strychu ślimaki winniczki (!). Niestety, przyszło mi jeszcze parę lat czekać na upragnione zwierzątko. Byłam dosyć ciekawskim i wścibskim dzieckiem i z wielkim umiłowaniem przyglądałam się tym wszystkim targom: „to za ile pójdzie ten gołąbek?” Wiedziałam bowiem, że za chwilę ojciec wyciągnie zza pazuchy plik szeleszczących banknotów i transakcja dobiegnie końca. Pieniądze to było w tamtych czasach wyłącznie coś namacalnego. Miało się plik, walizkę, skarpetę albo mały piterek, do którego mama wkładała kilka groszy i wysyłała do warzywniaka. Po samochód jeździło się z workiem pieniędzy, w obstawie znajomych. Och, jak wspaniale, że te czasy przeszły do historii i nie trzeba gotówki trzymać w wersalce.

Najgorętszy okres był zawsze przed świętami. Współczesne przygotowania to nic w porównaniu z tym, co było dawniej. Przede wszystkim dlatego, że po wszystko trzeba było swoje odstać. Kiedy więc cała rodzina uwijała się w kuchni i co chwila okazywało się, że trzeba iść a to po groszek do sałatki, a to po piętnaście deko wędzonych śliwek, zwykle padało na Elizkę: Elizko, polecisz do zieleniaka po cztery pietruszki i osiem marchewek. Kiedy już odstałam swoje, bo w kolejce wiadomo: pogaduszki, wymiana przepisów i świątecznych porad, a to czyjaś matka chora albo ktoś się ożenił i trzeba to omówić, więc kiedy już była moja kolej i przyszło do płacenia, kładłam na ladzie banknot, a sprzedawczyni na to: „Drobnych nie masz?! Nie mam jak wydać! Musisz rozmienić!”. Z nosem na kwintę latałam więc od jednego sklepu do drugiego, bo nikt nie chciał rozmienić.

Dziś moja najstarsza córka kontynuuje tradycje i w gorącym okresie około świątecznym biega do sklepu jak ja biegałam, ale czasy się zmieniły i nie musi, jak ja, martwić się o to, że ktoś znowu nie będzie miał wydać, bo w kasie leżą same grube. Ma kartę wyrobioną właśnie na takie sytuacje, kiedy trzeba polecieć i wrócić w try miga, bo bigos się gotuje i nie będzie czekał. I pomyślałam, że to pytanie „Karta czy gotówka” dziś tak oczywiste, słyszę je każdego dnia stojąc w kolejce, tak bardzo zmieniło nasze podejście do zakupów. Jeszcze do niedawna sprzedawcy się krzywili i woleli gotówkę – kto z nas nie pamięta kartek ze zdaniem: „Płatność kartą od 20 zł”, a już broń Boże zapytać taksówkarza „Czy u pana można też zapłacić kartą?”, bo fochom nie było końca. To jest niestety fakt. Tak było i cieszmy się, że to się zmienia.

Dziś pakujemy całą rodzinę do auta, jedziemy na jarmark świąteczny i kupujemy a tu lizaki, a tam prażone migdały, a tam jeszcze coś. Płacenie 5 czy 10 zł kartą już na nikim nie robi (złego) wrażenia. I choć przyznam Wam w sekrecie, że ciągle jestem tą dziewczyną, która myśli, że w portfelu zawsze musi mieć jakąś gotówkę, na wypadek kiedy karta nie zadziała (lub nie będzie nią można zapłacić), to cieszę się, że dziś się to na tyle zmienia, że na swoim ulubionym bazarze mogę kupić trzy kilo pyrów i zapłacić za nie kartą, choć wcześniej stałam przed zrobieniem zakupów w kilometrowej kolejce do bankomatu. Sprzedawcy mają terminale, nowoczesne ustrojstwa, a niektórzy aplikacje w telefonie, które umożliwiają takie płatności. Wciąż z niedowierzaniem się temu przyglądam.

A Ty jesteś z frakcji karta czy gotówka?

 

*Dzisiejszy wpis przygotowałam na zaproszenie marki Visa

8
Previous Post
Next Post