Celebryci kulinarni, których kocham: Nigella

Początkowo chciałam zatytułować ten wpis, „książki kucharskie, które się nie zestarzały”, ale później zmieniłam zdanie i zaraz Wam napiszę, dlaczego.

W czasach dawnych, tuż przed początkiem tego bloga, czyli było to jakieś, hmn 13-14 lat temu, kiedy moja córka była maleństwem, miałam zwyczaj jeździć do rodziców w weekend pod pretekstem zobaczenia „nowego odcinka Nigelli” na TVN Style. Ja nie miałam w domu telewizora, a w internecie nie było możliwości obejrzenia odcinka (z dzisiejszej perspektywy wydaje się to dziwne, co?) I choć byłam już przecież całkiem, ale to całkiem dorosła, już w piątek ogarniał mnie rodzaj ekscytacji, jakbym czekała na niewiadomo co. Pierwsze programy Nigelli, które emitowano, to były odcinki „Nigella bites”, „Nigella gryzie”. Wszystko w nich mnie zachwycało – piękna Nigella, jej cudowna kuchnia, jej fantastyczna kulinarna biblioteka, spiżarnia, gdzie można było zobaczyć m.in. marynowane polskie buraczki (!) To był czas, kiedy można było naprawdę zobaczyć, czego używa kulinarna gwiazda, bez podejrzewania jej o product placement. Pamiętam, jak zwariowałam na punkcie płaskiej trzepaczki, której używała Nigella i koniecznie musiałam ją mieć. Później Nigella wprowadziła swoją serię produktów – w Polsce były pioruńsko drogie, ale mam je do dziś. Zwłaszcza melaminowe miski służą mi niemal każdego dnia, ba, kupiłam nawet dwa komplety, bo były w różnych kolorach.

Jak tak to wszystko piszę i się nad tym zastanawiam, to spokojnie nawet sama siebie mogę uznać za „psychofankę”. Ta kobieta działała na moją wyobraźnię i mi imponowała. Oczywiście pamiętam te zachwyty i z drugiej strony głosy oburzenia, że „to obrzydliwe, że oblizuje palce podczas gotowania”, „obrzydliwe, że ma rozpuszczone włosy, kiedy miesza w garach” albo, uwaga, słyszałam też, że nie powinna mieć pomalowanych paznokci, kiedy gotuje. Mnie to bawiło, nadal tak jest. Po prostu wiem, że pewne rzeczy powstają na potrzeby takiego a nie innego wizerunku i przechodzę nad tym do porządku dziennego.

W każdym razie w tamtych czasach wystarczyło, że Nigella pokazała „Kuchnię żydowską” Claudii Roden, a dwie godziny później ja już siedziałam na Amazonie, gdzie naciskałam opcję „Buy now”. Jej pierwszą książkę, „How to be a domestic goddess”/”Jak być domową boginią” kupiłam w American Bookstore, nieistniejącej już sieci księgarń z literaturą angielskojęzyczną, gdzie zostawiłam majątek. To były szalone czasy, początki kulinarnego szaleństwa w Polsce.

„How to be a domestic goddess” to książka o wypiekach i deserach. Upiekłam z niej wszystko. I przeczytałam każdy wstęp i każdą uwagę autorki. Potem było chyba „Nigella bites”, następnie „Feast” i „Nigella forever”. Na każdą jej książkę czekałam bardzo bardzo, choć przestałam już oglądać jej programy – wciąż nie miałam telewizora, widziałam je więc sporadycznie.

Pamiętam, z jaką radością dowiedziałam się, że Nigella „będzie wydawana po polsku”. Wtedy na forach przeszedł szmer niepewności, czy oby na pewno tłumaczenia będą dobre. Bo bywało tak, że obcojęzyczne książki polscy wydawcy upraszczali, np. pomijając lub zastępując, ich zdaniem, niedostępne w Polsce składniki. Bywało to zabawne albo bez sensu. Zwłaszcza dla ludzi, którzy byli już kulinarnymi freakami i chcieli mieć wszystko tak, jak autor napisał. Ja też podchodziłam do polskich wydań jak pies do jeża, chciałam mieć w oryginale i już. Okazało się jednak, że Nigellą w wersji polskiej zaopiekowała się osoba, której zależało na jakości i wydaje ona jej książki do dziś.

Przez ostatnie kilka lat porzuciłam Nigellę na rzecz innych kulinarnych bohaterów. Po prostu w jej książkach przestałam odnajdywać dania dla siebie. Może to ona się zmieniła, a może ja, a najpewniej i ona, i ja. Dziś myślę, że Nigella chciała iść z duchem czasu, a ja wciąż miałam nadzieję, że pozostanie sobą – bezkompromisową, szczerą i gotującą to, na co ma ochotę, bez patrzenia na to, co gotować się dziś „powinno”.

Kiedy moja rodzina powiększyła się o dwie kolejne córki, a mi przyszło gotować dla, teraz, pięcioosobowej rodziny, znowu sięgnęłam na półkę z książkami Nigelli, zwłaszcza tymi starszymi. I odnalazłam w nich cudowne retro, które, chcemy tego, czy nie, właśnie wraca do łask. Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem już znużona książkami z przepisami na super zdrowe ciasta, super zdrowe koktajle i diety zmieniające życie. Nie kupuję ich już i nie chcę. Tak, jak nie chcą ich moje dzieci, fanki kotleta, mizerii ze śmietaną i ramenu.

Kiedy sięgam po Nigellę? Kiedy chcę czegoś, co się łatwo ugotuje – ona zawsze była w moich oczach mistrzynią pakowania różnych składników do żeliwnego garnka i wkładania go do piekarnika lub stawiania na malutkim gazie, żeby się gotowało, kiedy „ja zrobię przystawkę i deser dla gości”. Jej dania, to dla mnie kwintesencja comfort food, jak pieczone ziemniaki z papryką z nasionami kolendry, pieczona szynka w melasie, chiński rosół z makaronem czy makaron po tajsku z cynamonem i krewetkami. Jej przepisy najczęściej są proste, a takie są mi dziś szczególnie bliskie, bo przy całej mojej drużynie, rzadko mogę sobie pozwolić na wielogodzinne kuchenne eksperymenty. Pewnie przyjdzie na to czas, kiedy będę miała wnuki, no chyba że moje wnuki będą żądały kotleta z mizerią 😉

A dziś kurier mi przyniósł najnowszą książkę Nigelli: „Przy moim stole”. Na chybił trafił wybrałam przepis na spaghetti z sezamowymi pieczarkami. Resztę zostawiam sobie na wieczór 🙂

45
Previous Post
Next Post