Ja, mama



Piąta rano, deszcz kapie na parapet. Cicho i wiosennie. Pierwsze rozmówki ptaków za oknem. Bobas u boku właśnie otwiera szeroko oczy i już wiem, że to koniec spania na dziś. Może gdybym nie miała dzieci, miałabym jeszcze jakąś małą nadzieję, że będzie mi za chwilę dane zapaść jeszcze w błogi sen.

Przewijam, przebieram, karmię, otulam, całuję. Przytulam policzek do ciepłej, niemowlęcej główki pachnącej karmelem. Ostatnio najstarsza córka mnie zapytała, skąd się bierze taki zapach. Nie wiem, nie mam pojęcia, ale wszystkie małe dzieci pachną właśnie tak.

Kiedy byłam dzieckiem, zawsze chciałam być mamą. Zajmowałam się wszystkimi dziećmi przyjaciół i znajomych moich rodziców. Kochałam to. Nie mogłam się doczekać, aż będę miała swoje własne. “Własne” hmn, nie jestem pewna, czy to najbardziej trafne określenie. Bo choć się na nie złoszczę, wkurzają mnie czasem tak, że och i ach, to jednak zawsze traktuję je jako towarzyszy podróży przez życie. Ot, te kilkanaście przystanków jedziemy razem i ja wiem trochę więcej niż one, bo dłużej jadę. Ale wysiądę wcześniej, kiedy one pojadą dalej. Taką mam nadzieję, taki powinien być porządek tego świata.


Chcę miłość matczyną dzielić sprawiedliwie na trzy. Mądrze wychowywać, choć czasem błądzę i się gubię. Kiedyś złościłam się bardziej, więcej krzyczałam. Dziś głównie ględzę. Pierwsze dziecko, choć najbardziej wychuchane, otoczone najlepszymi zabawkami, najlepszym jedzeniem, w najlepszym przedszkolu i w ogóle wszystko “naj”, ma chyba jednak najtrudniej. Na nim uczymy się być rodzicem. Przy nim się okazuje, że zdarza nam się popełniać błędy naszych rodziców, choć zawsze sobie obiecywaliśmy, że na pewno uda się ich uniknąć. O naiwności!

Moja najstarsza córka przez dziesięć lat była jedynaczką, aż potem, w ciągu trzech lat na świecie pojawiły się jej dwie siostry. Życie się zmieniło o sto osiemdziesiąt stopni. Wszystko się zmieniło.

A ona z małej dziewczynki wpatrzonej we mnie z absolutnym uwielbieniem i pytaniem “to prawda, mamusiu?”, które miało potwierdzać lub zaprzeczać wszystkim tezom, jakie mówili do niej inni, przestała być małym dzieckiem. Nagle się okazuje (nagle, nagle: to są zaledwie miesiące szalonych zmian i rośnięcia kilkanaście centymetrów w górę), że mieszkamy z kimś prawie dorosłym, kto jednak wciąż potrzebuje przytulenia i bycia razem.

Weekendy dla mnie to świętość. I wolne od pracy dni lubię spędzać z rodziną. Nie chcę wtedy nigdzie iść sama i nie chcę, żeby oni gdzieś szli. Od kiedy jest nas piątka, wyprawa gdziekolwiek jest wyzwaniem, ale radzimy sobie całkiem całkiem, starając się manewrować humorami najmłodszych tak, żeby nie zakłócać innym porządku. Bo jak śpiące albo głodne to dają czadu. Marudzą, jęczą albo krzyczą. A nam głupio i wstyd i ciągle przepraszamy.



Ostatnio najstarsza miała urodziny, a ja już od dłuższego czasu wiem, że najlepszy prezent dla nastolatki to taki, który sama sobie wybierze. Wśród kilku punktów “Co mogłabym dostać na urodziny” był taki o biżuterii. Zapakowaliśmy więc całe towarzystwo do samochodu, a na miejscu podzieliliśmy się dziećmi: Panu Inżynierowi przypadły dwie najmłodsze, a z najstarszą poszłam pobuszować w sklepie z biżuterią PANDORA. To była nasza pierwsza wspólna wizyta w takim sklepie. Wcześniej wszystkie moje biżuteryjne gadżeciki zostały skrupulatnie przejrzane i poprzymierzane w domu, a katalog, który miałam w sypialni przestudiowany i pomazany markerem “nic nie chcę, ale tak tylko zaznaczam, gdybyście chcieli mi coś kupić na urodziny”. Poszłyśmy więc do sklepu i kiedy na żywo zobaczyłam, ile tego jest zaproponowałam: “Weźmy nowy katalog, obejrzysz sobie wszystko w domu na spokojnie i wrócimy jutro”. Już po minie widziałam, że oglądanie i decydowanie w domu to jednak dla niej zdecydowanie za długo. To jak milion lat świetlnych.

Miałyśmy szczęście trafić na panią, która potraktowała moją córkę serio i wybierała z nią biżuterię zupełnie tak, jakby to był interes stulecia. Zawsze w takich sytuacjach określam córce budżet i mówię: wybieraj, to ma być Twoja radość. Wiem, jak to jest, kiedy jest się nie tak całkiem małym dzieckiem i człowiek coś chce, podświadomie czując, że to co się podoba nam, nastolatkom, zupełnie nie pokrywa się z tym, co wybrałaby dla nas mama. Więc chciałam, żeby doradził jej ktoś, kto się na tym zna, a ja mogłam być “doradcą zapasowym”.

Torebeczki z rzemykami, tace z charmsami i wisiorkami. Starannie malowane koraliki, malutkie kwiatuszki, koronkowe pierścionki. Wszystko ręcznie wykończone z dbałością o najmniejszy detal.

Powoli sama zaczęłam wkręcać się w temat i jak zwykle przy tego typu okazjach bywa, stwierdziłam, że skoro jest Dzień Matki, to może i ja wybiorę coś symbolicznego dla siebie. Najpierw oglądałam kolekcję z okazji Dnia Matki ale ostatecznie zwyciężyły malutkie pierścionki.

Potem, siedząc z córką przy stole i skubiąc muffiny, cieszyłyśmy się zakupami. A zobacz to, a zobacz tamto. Przypomniałam sobie wtedy, jak fajnie jest czasem wyjść na zakupy z drugą kobietą, nawet jeśli jest ona bardzo, bardzo młoda i jest twoją córką. Zupełnie nie wiem, kiedy minął czas, kiedy kupowałam jej ciastolinę i gazety z kotkami. Czasem jej proponuję coś, a ona patrzy na mnie dziwnie z typowym dla nastolatek „oj mamo…”. Nie lubię kupować badziewia, nie cierpię rzeczy na chwilę. Ale lubię małe pamiątki, które możemy zachować i wracać do nich po latach.

Mam jeszcze dwie malutkie córki. Nawet w najbardziej szalonych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że tyle mi ich się przytrafi. I że ten fakt wzbudza tyle sensacji, kiedy gdzieś razem idziemy. „Trzy córki? Ojej, naprawdę?!” A potem sobie uświadamiam, że jeszcze niedawno reagowałam dokładnie tak samo.

Każda inna, a każda taka moja i taka najważniejsza. Na Dzień Matki życzę sobie, żeby wszystkie były zdrowe i szczęśliwe. Tylko tyle i aż tyle.

A na deser muffinki. Łatwe do podziału. Choć jedni wydłubują z nich jagody, a inni wyjadają tylko czekoladę. Do muffinkowej bazy można dodać dowolne dodatki. Polecam.

Muffiny z owocami

Klasyczny, prosty przepis, w którym można użyć dowolnych owoców. To duże, wyrośnięte muffiny, jak w amerykańskiej kawiarni 😉

ilość: 12 sztuk

Składniki

suche:

  • 320 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli

mokre:

  • 2 duże jajka
  • 130 g stopionego i ostudzonego masła
  • 140 g drobnego cukru (używam trzcinowego)
  • 120 ml mleka
  • 1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii lub cukier waniliowy

Przepis

  1. Piekarnik nagrzać do 190st C.
  2. Formę do muffinków wyłożyć papierowymi papilotkami.
  3. Wymieszać suche składniki.
  4. W misce utrzeć jajka z cukrem, następnie połączyć je z mokrymi składnikami. Dodać suche składniki i wymieszać (nie miksować).
  5. Masę podzielić na 12 dołków w foremce i na wierzchu ułożyć ulubione owoce (ja tym razem użyłam wiśni i gorzkiej czekolady oraz borówek i cukru perlistego).
  6. Wstawić do piekarnika i piec ok. 15-20 minut

Smacznego!

36 komentarzy
Poprzedni
Następny