W kubku czy w filiżance?

naczynia

Czy macie swój ulubiony kubek? Talerz? Łyżkę do zupy? Są przedmioty, które z bliżej nieokreślonych powodów stają się moimi ulubionymi. Kiedy chcę zrobić kawę, sięgam najchętniej po ten sam niewielki kubeczek z ceramiki, a kiedy myślę „cappuccino” widzę starą angielską filiżankę, którą kupiłam w Szkocji w wielkim hangarze z rzeczami z drugiej ręki.

Kiedy gotuję makaron i zamierzam zjeść go w samotności, wybieram głęboki talerz przywieziony z loppisu w Szwecji. Z niego smakuje mi najbardziej.

Kiedyś zbierałam stare, przedwojenne filiżanki. Ale nie upychałam ich w kuchennej szafce. Piłam z nich herbatę. A kiedy ktoś mnie odwiedzał, pokazywałam je z pytaniem: z której się napijesz? Do dziś mam nawyk otwierania kredensu i pytania gości: w kubku czy w filiżance?

Może ktoś powie „a co to za różnica, dla mnie smakuje tak samo”. A dla mnie nie. Lubię takie małe, drobne rytuały i przyjemności, które się z nimi wiążą.

Po latach zbierania różnych przemysłowo i na dużą skalę produkowanych przedmiotów, zauważyłam, że wracam do tych, które kupowałam w pojedynczych egzemplarzach: do japońskich czarek kupionych w sklepie w Wiedniu, wokół których chodziłam ze trzy dni, zanim sprzedawca zapakował nam je w ozdobny papier. Do ceramicznego kubka, który Radek z poznańskiej kwiaciarni Kwiaty i Miut wcisnął mi kiedyś do torby, kiedy kupowałam kwiaty. I do niewielkiej białej miseczki, która okazuje się idealna zawsze wtedy, kiedy trzeba podać masło albo daktyle albo ciastko… Zauważyłam, że spycham w głąb szafki te wszystkie kolorowe, wesołe przedmioty, które dawniej tak bardzo mi się podobały.

Kiedy byłam nastolatką, pod wpływem jednej wystawy lalek japońskich w Muzeum Etnograficznym, zaczęłam interesować się wszystkim, co japońskie: kaligrafią, malarstwem, literaturą, architekturą, ogrodami. Ta miłość trwa już bardzo, bardzo długo i dojrzewa we mnie uświadamiając mi, że to, co najprostsze, jest najpiękniejsze.
Otacza nas masa niepotrzebnych rzeczy i sztucznie kreowanych potrzeb, które te rzeczy mają zaspokoić. I kupowanie ich sprawia przyjemność tylko przez chwilę. Najczęściej lądują gdzieś w czeluściach szafek kuchennych.

naczynia1

Od jakichś dwóch lat systematycznie pozbywam się rzeczy. Co pewien czas przychodzi nowa fala, podczas której otwieram szafy i oddaję, oddaję, oddaję, zostawiając tylko to, co lubię naprawdę. Zapominam wtedy o sentymentach, wspomnieniach, jakie wiążą się z miską kupioną w Ikei czy talerzyku z PRL-u, w którym jadłam bułkę na mleku. Bo największą wartość mają dla mnie przedmioty robione w pojedynczych egzemplarzach.

naczynia2

Ceramikę kocham tak bardzo, że sama zapragnęłam nauczyć się, jak zrobić własne kubki i talerze i zapisałam się na zajęcia. Wspaniałe doświadczenie. Miseczkę z gliny można głaskać godzinami, by była taka, jak trzeba. Przede mną jeszcze koło garncarskie:)

Od lat szukam też naczyń ceramicznych, w których zakochuję się od pierwszego wzięcia ich w dłonie. Takich, które są ze mną, których używam na co dzień. Każde trochę inne, z charakterystycznymi nierównościami, szkliwem, które w tym konkretnym miejscu maluje taki, a nie inny wzór.

Prezentowane na zdjęciach japońskie naczynia ceramiczne są ze sklepu Nagomi, który polecam wszystkim miłośnikom japońskich przedmiotów.

24 komentarze
Poprzedni
pasztet-2
Następny
krolestwo_dziewczynki-31