Jak dziś wybieram książki kucharskie?

IMG_0866

Jestem wielbicielką książek kucharskich. Od zawsze, od kiedy sięgnę pamięcią. Jako dziecko kartkowałam wciąż Kuchnię Polską mojej Mamy na tyle skrupulatnie, że do dziś, po latach, dokładnie pamiętam zdjęcia i przepisy, które wówczas z jakichś względów wzbudziły moje zainteresowanie. W dorosłym życiu, w czasach kiedy pracowałam w korpo, ta miłość nieco ucichła, bo nie było czasu i dostępu do ładnych książek kucharskich. Wtedy szalałam na punkcie książek o ogrodach i roślinach doniczkowych.

Ale prawdziwe uczucie, prędzej czy później, da o sobie znać.

Jeszcze w liceum mój ówczesny chłopak wyjeżdżając na wakacje do Stanów usłyszał ode mnie jedną prośbę: Przywieź mi książkę kucharską. Przywiózł. A ja mam ją do dziś. Pamiętam, jak oglądałam każdy przepis, wczytywałam się w składniki, wyobrażałam sobie smak dań. W książce nie było ani jednego zdjęcia. To były lata 90-te, o wielu składnikach wtedy w Polsce nikt nie słyszał, próbowałam więc zastępować co bardziej egzotyczne, jak na tamte czasy, produkty, naszymi rodzimymi, z pobliskiego SAM-u.

Potem, powoli, w moje ręce trafiały kolejne, mniej lub bardziej udane tytuły. Każdy z nich przerabiałam niemal od A do Z. Czytałam wstępy i zakończenia, bibliografie i uwagi. Ba, nawet czytanie podziękowań zostało mi do dziś.

Z tymi mniej lubianymi potrafię rozstawać się bez żalu. Co jakiś czas oddaję je w dobre ręce albo się wymieniam. Od kiedy zorientowałam się, że pożyczone książki nigdy nie wracają do mnie z powrotem, przestałam pożyczać, niestety. A szkoda, bo dobrze by było od czasu do czasu wymienić się z kimś, zamiast kupować. Czasem bowiem wystarczy poprzebywać  z jakąś książką, pogotować z niej, by na końcu uznać, że wcale jej nie potrzebujemy. Ale są też takie książki, z którymi przebywanie sprawia, że czujemy, że ich chcemy i je potrzebujemy.

Przez wiele lat w Warszawie działała sieć księgarni American Bookstore, do których zaglądałam za każdym razem, kiedy przechodziłam obok. Uwielbiałam te księgarnie. Potem jednak zostały zamknięte, a mi pozostał Amazon albo zakupy podczas zagranicznych wojaży.

Kupowanie przez internet miało swoje zalety w czasie, kiedy Amazon oferował bezpłatną wysyłkę do Polski. Dziś jednak to już przeszłość, a i ich przelicznik funta na złotówki jest na tyle wysoki, że kupowanie tam przestaje mieć dla mnie sens. Kupuję więc znowu stacjonarnie. Moją ulubioną księgarnią jest Bookoff przy ulicy Żelaznej w Warszawie, gdzie zawsze mają wszystkie nowości i gdzie sprzedają ludzie zainteresowani tematem. Wydaje mi się, że jest tam wszystko, o czym wielbiciel książek kulinarnych może pomarzyć.

Ale do rzeczy. Jak dziś kupuję książki kucharskie, jak je wybieram, co jest dla mnie ważne, jakich książek nie kupuję?

Zacznę od tego, że rzut oka na półkę z polskimi książkami kulinarnymi w empiku jest dla mnie dowodem, że wydawnictwa są przekonane, iż właściwie każdy może napisać książkę kucharską, byle występował w telewizji. Dziennikarz, aktor, prezenter pogody. W końcu każdy zna się na gotowaniu i lubi jeść, prawda? Przeglądam czasem te książki, ale one nie są do mnie kierowane.

Inny typ książek to „biblie kucharskie”, będące zazwyczaj zbiorem przepisów, raczej na ilość nie jakość. Dużo tekstu, zdjęcia z banku zdjęć. Tego typu publikacje przeglądam zwykle w sklepach typu Castorama i przyznam szczerze, że zdarza mi się je kupić. Kuchnia polska za 9,99 zł kryje czasem w sobie wiele perełek.

Od kilku lat można w Polsce znaleźć książki blogerów – ukoronowanie pasji, często spełnienie marzeń. To są zazwyczaj pozycje pisane z sercem, dopracowane, staranne, JAKIEŚ. O ile wydawca nie forsuje swoich jedynych słusznych pomysłów i pozwala autorom na stworzenie książki tak, jak autor sobie wymarzył. Dostaję bardzo często listy od blogerów, którym wydawcy proponują wydanie książki i z przykrością stwierdzam, że warunki, jakie są proponowane debiutantom są, delikatnie mówiąc, przykre. Bo czy zarobek na poziomie 1-3 zł na egzemplarzu kosztującym w księgarni 60-70 zł jest w porządku? Żeby napisać książkę kucharską, trzeba kupić produkty, naczynia, aparat fotograficzny, zapłacić za program graficzny i prąd. Książka kucharska to stosy naczyń do zmywania, godziny pracy na pisaniu, poprawianiu i edytowaniu. Zawsze o tym pamiętam, kiedy w księgarni sięgam po taką książkę. Bo wiem, ile to pracy.

Kolejny typ książek to prace laureatów telewizyjnych programów o gotowaniu. Zazwyczaj dziś ogłaszany jest zwycięzca programu, a jutro jego książka jest na półkach księgarni. Dla mnie wszystkie te książki są produkowane według jednego schematu i nie lubię ich. Zawsze mam wrażenie, że autor nie miał wystarczająco dużo czasu, by móc napisać książkę tak, jak by chciał.

Co w takim razie kupuję?

Kupuję książki pasjonatów. Tak naprawdę wystarczy wziąć książkę do ręki i od razu można poczuć, czy ktoś zrobił ją z pasji. Lubię książki, w których jest prawdziwy człowiek, a nie suche przepisy i studyjne zdjęcia jak z jednej matrycy. Dziś już prawie nie kupuję książek wydawanych przez restauratorów. Dla mnie to pozycje oderwane od życia, a jeśli chcę pooglądać ładne, wystudiowane obrazki, wchodzę na Pinteresta. Od książki oczekuję tego, że nie będę chciała jej odłożyć, że będę chciała przeglądać ją, studiować, wyobrażać sobie i gotować. Kupuję też książki ze względu na to, jak wyglądają – nie lubię przestylizowanych zdjęć, nadmiernej ingerencji Photoshopa, gdzie jedzenie wygląda jak plastikowe. Lubię naturalne potrawy, nawet jeśli są niedoskonałe. Muszę jednak przyznać Wam się do czegoś – zawsze poznam na zdjęciu niewyrośnięty chleb, zakalec, zbyt suchy miąższ lub gniota. To chyba skrzywienie zawodowe, bo wystarczy rzut oka i po prostu to widzę. Stety lub niestety.

A na koniec chciałabym podzielić się z Wami moimi najnowszymi nabytkami. Książkami, które wzięłam do ręki i nie potrafiłam o nich zapomnieć. Wróciłam więc po nie następnego dnia i cieszę się, że je mam. Wszystkie są piękne. Starannie wydrukowane z wyjątkowymi, naturalnymi zdjęciami.

IMG_9496

IMG_9497

 

Mamushka, Olia Hercules

O kuchni naszych sąsiadów, Ukraińców. Książka Olii, która jest Ukrainką mieszkającą w Londynie. Książka, która mnie wzrusza, daje do myślenia. Książka, z której chcę gotować. A z Olią miałabym ochotę wypić herbatę i zjeść kanapkę.

IMG_8448

 

The New Nordic, Simon Bajada

Niektóre książki działają na mnie tak, że mam ochotę natychmiast napisać do autora, żeby się z nim zaprzyjaźnić 😉 Żartuję, oczywiście, ale mówiąc zupełnie serio, to „The New Nordic” napisana i sfotografowana przez Australijczyka mieszkającego ze szwedzką żoną i dwoma synkami w Sztokholmie przypomina mi książkę Olii Hercules. Podobnie jak tamta, ta jest pełna opowieści i zachwytów nad kuchnią Północy. W dodatku jest sfotografowana w sposób, jaki kocham – prosto, bez kombinowania, przesady i podkręcania zdjęć. Mam ochotę ugotować z niej wszystko.

IMG_0855

IMG_0856

 

Flourless, Nicole Spiridakis

Ciasto bez mąki? No pewnie! Da się, tylko czy będzie smaczne? Czasem, patrząc na ofertę kawiarni, szczerze wątpię. Ale kiedy zaglądam do tej książki wiem, że się da. Ciasteczka sezamowe, tarta owocowa z kremem kokosowym, a może ciasto bananowe z cytrynowym kremem i karmelizowanymi bananami? Autorka zgłębiła temat i proponuje ciekawe pomysły. I te zdjęcia…

IMG_0854

IMG_0858

 

Homemade Memories, Kate Doran

Kolejna książka o kuchni sentymentalnej, kuchni domowej. Autorka dzieli się pomysłami na słodycze ze swojego dzieciństwa, a na okładce są domowej roboty Delicje. Odkładałam tę książkę mówiąc, że jej nie potrzebuję, ale wracałam do niej i ostatecznie po prostu musiałam ją mieć. Kate Doran prowadzi bloga The Little Loaf. Tarta z morelami, dżemem i amaretto, eklerki z bananami i mlecznym karmelem (!) i te pączki, które śnią mi się po nocach, więc będę musiała je w końcu zrobić.

IMG_9047

 

At home in the whole food kitchen, Amy Chaplin

Kiedy po raz pierwszy wzięłam tę książkę do ręki pomyślałam, że jest w niej wszystko, czego potrzebuje ktoś, kto chciałby odżywiać się zdrowo i niebanalnie. Amy Chaplin prowadzi bloga, gdzie można zobaczyć dania, jakie proponuje w książce. Jest to jedna z najpiękniejszych pozycji jakie mam w swoim księgozbiorze. Wypełniona praktyczną wiedzą, dobrze napisana, z pięknymi zdjęciami kolorowych, wyjątkowo apetycznych dań. Duża, gruba, w twardej oprawie.

IMG_0864

IMG_0865

 

Crepes and Galettes, Bertrand Larcher

Kocham naleśniki. Na książkę Larchera, który we Francji ma bistro z naleśnikami Breizhcafe czekałam długo i wytrwale. I w końcu się ukazała. Autor jest fachowcem, poświęca dużo uwagi każdemu składnikowi, z którego tworzy naleśniki, szczególnie mące gryczanej. Te wszystkie niebanalne połączenia i kreacje, które pamiętałam z francuskich naleśnikarni mogę dziś (próbować) odtwarzać w domu. Piękna i pożyteczna lektura.

I to by było mniej więcej tyle, choć stos innych książek, które kocham, wciąż zerka na mnie z parapetu i nocnego stolika 😉

A czego Wy oczekujecie zaglądając do książki kucharskiej?

37 komentarzy
Poprzedni
o chlebie bulki przepis ok
Następny
IMG_1711