Perfect! Brownie!


Z Ameryką kojarzą mi się trzy rzeczy: ciasto marchewkowe pokryte niewyobrażalną ilością białego kremu, mufiny tak wielkie, że potrzeba dwóch dłoni, by je utrzymać i brownie. Czekoladowe ciasto pokrojone na kwadraty. Lekko niedopieczone, kojarzone z zakalcem.
Przepisy na brownie zawsze spotykają się z dwiema reakcjami: uwielbieniem, bądź niechęcią.
Wydaje mi się, że my, Polacy, lubimy przede wszystkim wyrośnięte ciasta. Albo klasykę: szarlotkę, sernik (ale też najlepiej puszysty). Mamy gdzieś w głowach obawę o zakalec, coś co sprawia wrażenie surowego, niedopieczonego.
Moją pierwszą tarte tatin zrobiłam kompletnie nie mając pojęcia o tym, że we Francji to klasyk i że nie ma nic dziwnego w pieczeniu jabłkowego ciasta na patelni wstawionej do piekarnika. Wydawało mi się, że być może nie do końca rozumiem metodę wykonania tego deseru. „Jak to, ciasto upiec na patelni a potem je odwrócić do góry nogami? No nie, coś nie tak…” A potem okazało się, że jak najbardziej tak i że oto mam przed sobą jeden z najlepszych deserów na świecie.

Wielu rzeczy uczyłam się z książek, nie mając pojęcia o tym, jak dana rzecz smakuje, czy też powinna smakować. Dlatego podczas podróży do innych krajów, nie mogę się wprost doczekać próbowania dań czy deserów, które zrobiłam wcześniej w domu. Uwielbiam porównywać i zastanawiać się, jak blisko (czy daleko) byłam ideału.

Brownie należy do tych wypieków, które przypadły mi do gustu od początku. Lubię smak zwartych ciast, intensywnych, konkretnych. Czekolada jest tym, bez czego w kuchni nie potrafię się obejść, a ciepłe czekoladowe desery mogłabym jeść codziennie.
Przepisów na brownie wypróbowałam bez liku. Kwintesencją dobrego brownie jest dla mnie duża zawartość ciemnej czekolady, masła i orzechów. Lubię też ciasta, w których zamiast mąki, są mielone migdały lub orzechy laskowe. Brownie musi być wyraźnie słodkie, rozpływać się w ustach.
Suche, kilkudniowe brownie jest dla mnie niejadalne. Lubię wilgotne, delikatnie podgrzane, najchętniej z kulką lodów waniliowych i odrobiną sosu malinowego. Takie coś zjem i na obiad i na kolację. Lubię je ze szklanką mleka.

Brownie

140 g czekolady 70% (używam Lindt)
250 g drobnego cukru
4 jajka, lekko roztrzepane w miseczce
140 g mąki pszennej przesianej przez sitko
250 g masła o temperaturze pokojowej
200 g orzechów włoskich, grubo posiekanych

Czekoladę połamać na kawałki i roztopić w kapieli wodnej, czyli:
w dużym garnku zagotować wodę, czekoladę włożyć do miski, którą należy położyć na garnku z gotującą się wodą w taki sposób, by woda nie dotykała do dna miski. Delikatnie mieszać czekoladę, która rozpuści się po kilku minutach.

Masło zmiksować, następnie powoli wlewać czekoladę (ciepłą, ale nie gorącą). Teraz dodajemy powoli jajka, następnie cukier, mąkę. Miksujemy tylko tyle, żeby wszystko się dobrze połączyło (2-3 minuty). Dodajemy orzechy.

Piekarnik nagrzewamy do 190 st C.

Prostokątną formę o wymiarach: 25×35 cm (może być też kwadratowa, bądź inna, jaką mamy), wykładamy papierem do pieczenia.
Masę (która jest bardzo gęsta) przekładamy do formy. Pieczemy 20 minut. Patyczek wbity w ciasto będzie wilgotny, ale tak właśnie ma być. Ciasto będzie upieczone z wierzchu i boków, ale pozostanie wilgotne w środku.
Formę wyjąć z piekarnika i odstawić na 30 minut do ostygnięcia.
Po tym czasie kroimy na kwadraty.

Smacznego!

* * *

A przy okazji polecam jeden z pierwszych brownie, jakie zrobiłam jakieś 3 lata temu. Na dzisiaj jedno z moich ulubionych, w stałym repertuarze 🙂

Brownie z orzechami laskowymi

35 g kakao rozpuścić w 80 ml gorącej wody
150 g ciemnej czekolady, rozpuszczonej (ja użyłam 99% i chyba 60%)
150 g roztopionego masła, ostudzonego
250 g brązowego cukru (w przepisie było więcej, radzę dawać do smaku, zależy
jakiej czekolady użyjemy)
125 g zmielonych orzechów laskowych
4 jajka ( osobno żółtka, pianę ubić na sztywno)
1 łyżka kakao do posypania

Piekarnik na 170 st C.
Kwadratową blaszkę o boku 19 cm wyłożyć papierem do pieczenia.
W misce zmiksować Kakao rozpuszczone w wodzie+czekoladę+masło+cukier+orzechy+żółtka.
Kiedy masa będzie gładka, połączyć delikatnie z pianą z białek (nie miksować!).
Przelać do blaszki, wstawić do piekarnika i piec 40-60 minut. Czas zależy od piekarnika, chodzi o to, żeby ciasto pozostało wilgotne (ale nie surowe) w środku. Przepis zalecał pieczenie przez 1 h, moje ciasto było gotowe po 45 minutach. Trzeba sprawdzić patyczkiem.
Po upieczeniu pozostawić w blaszce do ostygnięcia, następnie wyjąć i posypać kakao.

Uwaga: najpyszniejsze jest na 2-3 dzień, bo delikatnie ciągnące i intensywne w smaku.

30 komentarzy
Poprzedni
Następny