Tak dziś jemy. Biografia jedzenia.

Jak rewolucja żywieniowa zmienia nasze ciała, życie i świat?

Pamiętam swoją pierwszą podróż do Indii. Dawno temu. Byłam na tyle młoda, że wydawało mi się, że Indie, oderwane od zachodniego świata, zaoferują mi dania zupełnie inne od tego, co jem w Europie. Jak bardzo szybko się zdziwiłam widząc na sklepowych półkach płatki kukurydziane czy napoje gazowane wielkich koncernów, takie same jak te, które widziałam w osiedlowych sklepach w Polsce. Byłam zbyt młoda, żeby myśleć o globalizacji, nie zastanawiałam się nad nią. 

Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że bez względu na to, czy mieszkamy w Tokio, Paryżu czy w Warszawie, przy odrobinie dobrych chęci możemy kupić wszystkie składniki i ugotować w domu ramen, zrobić sushi czy okonomiyaki. I tak jest z wieloma daniami. Na szczęście, jeszcze, nie wszystkimi, ale patrząc na nasze nawyki jedzeniowe i globalizację, wszystko może się zmienić. Być może niedługo wszyscy, niezależnie od miejsca, w którym żyjemy, będziemy jeść to samo. 

W ostatnich latach dużo się zmieniło w kwestii naszego sposobu jedzenia. W przeciwieństwie do naszych dziadków, którzy jedli trzy posiłki dziennie, ugotowane przez siebie w domu i raczej nie mieli w zwyczaju podjadać między śniadaniem i obiadem, nasza dieta opiera się w dużej mierze na przekąskach i jedzeniu poza domem. Nie gotujemy, bo nie chcemy. “Nie umiem gotować”, “Nie chcę gotować”, “Nie mam czasu”. Mówimy tak, bo możemy sobie na to pozwolić – jedzenie przywiezie nam ktoś do domu albo kupimy je sobie sami w knajpce na rogu. “Oczywista oczywistość” powie ktoś. Ale czy zastanawiamy się czasem, jak do tego doszło i jak wpływa to na nas, na gospodarkę i na nasze zdrowie? Czy naprawdę potrzebujemy aż tak zróżnicowanej diety i produktów z końca świata? Jak kulinarne mody na produkty, które nie rosną w naszym kraju, wpływają na gospodarkę krajów, w których te produkty stanowiły do niedawna podstawę diety? 

Jako „dziecko komuny” pamiętam czasy, kiedy jadło się lokalnie, bo po prostu nie było innej opcji. Zimą warzywa korzeniowe, trochę mięsa, mnóstwo kiszonek. Pod koniec wiosny pierwsze nowalijki, ale też jedzone oszczędnie, bo „nie wiadomo co w nich jest”, pierwsze truskawki, które były dla mnie zwiastunem wakacji. Pamiętam też czas, kiedy nagle wszystko zaczęło się w sklepach pojawiać. Byłam mała i szczególnie łapczywie patrzyłam na ciasta w kolorowych celofanach z kilkuletnim terminem ważności. „Co w nich jest, że mogą tyle leżeć?” – pytała moja podejrzliwa Mama. Nagle z jedzenia ziemniaków i kiszonej kapusty mogliśmy przejść na dietę opartą na produktach z całego świata. Kusząca różnorodność.

Książkę „Tak dziś jemy” przeczytałam niedawno. To, co mi najbardziej zapadło w pamięć to stwierdzenie, że można być otyłym, ale jednocześnie niedożywionym. W pierwszej chwili pomyślałam „jak to?”, a później przypomniałam sobie rozmowy z nauczycielami, którzy wspominają, że dzieci przynoszą na drugie śniadanie batona albo czipsy. A po powrocie do domu zjadają po prostu kanapkę z dżemem, którą popijają kolorowym napojem. Autorka pokazuje, jak zmiana diety i rewolucja żywienia wpływa na zachorowalność na choroby cywilizacyjne – otyłość czy cukrzycę. I jak ten wzrost wygląda w krajach najbardziej bogatych, które mają dostęp do żywności najbardziej zróżnicowanej i z całego świata.

W Wielkiej Brytanii uprawiało się kiedyś mniej więcej sześć tysięcy odmian jabłek. Dziś na potrzeby komercyjne hoduje się około dziesięciu – to odmiany ładne, bezproblemowe i słodkie. Rolnicy, a może raczej “producenci” żywności wychodzą naprzeciw potrzebom i oczekiwaniom klienta, który najchętniej kupuje owoce jak z katalogu. Ten trend, obecny na całym świecie sprawia, że jedzenie się ujednolica. Czy wiecie, że wszyscy jemy owoce tylko jednego gatunku bananów? Mimo że jest ich wiele, to jest po prostu jeden, bezproblemowy, który jest uprawiany na potęgę.

Jak dziś jemy? Z jednej strony jest moda na zdrowe odżywianie, jarmuż znika ze sklepowych półek, ale pozostaje pytanie – czy jarmuż wyląduje w naszym żołądku czy raczej na śmietniku? Tego nikt nie sprawdzi. 

Grupa naukowców, do której należał japoński naukowiec Fumiaki Imamura opracowała listę dziesięciu składników żywieniowych, uznanych przez nich za “zdrowe”: to, między innymi, owoce, warzywa, ryby, fasole, rośliny strączkowe, orzechy i nasiona, produkty pełnoziarniste. Do listy składników niezdrowych zaliczono: napoje słodzone, czerwone mięso, tłuszcze nasycone, tłuszcze trans, cholesterol i sód.

A jak zmienia się nasza dieta? Opowiem Wam coś na przykładzie komosy ryżowej. Na początku XXI wieku “guru zdrowego odżywiania” uznali, że komosa , jako dobre źródło białka, jest idealnym produktem. Za tym poszły liczne artykuły, które wychwalały nasiona komosy. Efektem był w Peru wzrost jej produkcji  z 22 500 ton do 114 300 ton (lata 1961-2014)

Świat oszalał na punkcie komosy i stała się w niektórych kręgach synonimem zdrowego posiłku. Można ją dziś zjeść wszędzie. Niestety ten wzmożony popyt na świecie sprawia, że jej spożycie np. w Andach, gdzie nasiona te były podstawą diety “od zawsze” maleje, bowiem wszystko uprawia się na eksport. Rolnicy nie mają swoich plonów, bo nasiona są dla nich po prostu za drogie. W 2000 roku, 100 kg komosy kosztowało około 28,4 USD, a w 2008 roku za tę samą ilość płacono już 204,5 dolara. (to wzrost o ponad 700 procent!). Jaki to ma wpływ na Boliwijczyków? Szukają tańszych zamienników, np makaronu pszennego instant i innej nadmiernie przetworzonej żywności. Konsekwencje ponosi również środowisko – zmiana technik rolniczych w miejscu, gdzie do niedawna żyły lamy, których nawóz użyźniał ziemię, a dziś ich pastwiska zostały przeniesione, by zwiększyć areał potrzebny pod uprawę komosy. Jak pisze autorka “a wszystko przez kompletnie niewinną ochotę na wegańską sałatkę z komosą ryżową i pieczonymi warzywami korzeniowymi”.

Polecam Wam bardzo tę książkę. Daje do myślenia, jaki wpływ na świat mają mody i nasze wybory. Nie zawsze tak poszukiwana różnorodność jest dla nas zdrowa. Książka jest napisana ciekawie, dużo faktów, ale bez przynudzania i moralizowania. Warto wiedzieć. Polecam!

“Tak dziś jemy. Biografia jedzenia. Jak rewolucja żywieniowa zmienia nasze ciała, życie i świat”.
Bee Wilson
tłumaczenie: Magda Witkowska
Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2020
ilość stron: 489
Zobacz fragment książki

 

 

16
Previous Post
Next Post