Nowa kuchnia, część pierwsza

Wreszcie jest. Trochę się na nią naczekałam, ale cierpliwość popłaca. Tak przynajmniej mówią:) Przy małych i większych remontach chyba zawsze jest tak, że człowiek zakłada, że zrobi je rach ciach, a potem trzeba zrobić poprawkę na swoje plany. Podobnie było i u nas. Moje pierwsze założenie było takie, żeby zrobić wszystko na tip top i dopiero później Wam wszystko pokazać, ale doszłam do wniosku, że pokażę to, co mam. Chciałam kuchni mono, planowałam inny kolor ścian, ale w trakcie trochę żal mi się zrobiło tapety w liście, więc postanowiłam ją na jakiś czas zostawić i zobaczyć, co przyniesie los.

Ale od początku, konkrety

Kuchnia, jaką wybrałam, bazuje na korpusach i wyposażeniu IKEA (tylko fronty mam inne, ale o tym napiszę przy okazji innego wpisu). W poprzednim poście na temat planowania kuchni już pisałam o powodach takiego wyboru, więc nie będę się powtarzać. Zależało mi przede wszystkim na dostępności szafek i elementów wyposażenia, nie bez znaczenia był też fakt, że nie znam żadnego majstra, który umiałby montować i składać kuchnie, w razie jakichś mniejszych lub większych awarii.

Pomieszczenie, w którym mamy kuchnię jest dość nietypowe. To stara kamienica, nierówne ściany, a samo miejsce dość wąskie i mało ustawne. Nie mogłam za bardzo poszaleć z przestawianiem szafek i zmianami funkcji, np. przestawianiem zlewu, zwłaszcza że w kuchni mamy też pralkę. Kilka lat temu kupiłam też duży, dębowy stół, przy którym jemy i za nic w świecie nie chciałabym się go pozbyć na rzecz czegoś innego. Nowy projekt bazował więc na funkcjonalności (i braku funkcjonalności przy okazji też, bo uczyliśmy się na błędach) poprzedniego. Nasze mieszkanie jest dosyć wysokie, ma ponad trzy metry wysokości, więc wiedziałam, że skoro nie mogę pójść wszerz, pójdę w górę. Wymarzyłam sobie wysokie szafy, tak wysokie, jak to tylko możliwe, żeby móc schować do nich wszystko to, co wcześniej stało na wierzchu, np. moje liczne wazony i patery, których używam przede wszystkim do zdjęć. Wybraliśmy system METOD, bo wydawał mi się najbardziej uniwersalny i dostępny. Nasza poprzednia kuchnia była oparta o system FAKTUM.

Cały proces wyglądał następująco: przez internet umówiłam się na usługę najpierw wymiarowania kuchni, następnie planowania jej w IKEA (dla nas były to akurat Janki). Całość kosztowała około 200 zł. Mogliśmy sami ją zwymiarować, ale wolałam powierzyć to komuś, kto jest w temacie obeznany bardziej niż my. Po wymiarowaniu mieliśmy około dwóch godzin, by rozplanować kuchnię z konsultantem. To dobry moment, żeby zobaczyć wszystkie elementy, które nas interesują, bo wszystko jest na miejscu w sklepie. Można dotknąć, zapytać, zastanowić się. Na tym etapie można też od razu zamówić i kupić kuchnię, ale ja chciałam mieć trochę czasu do namysłu, więc z projektem wróciliśmy do domu.

Kiedy już wiedziałam, jakie będą fronty i jakie urządzenia, postanowiliśmy wybrać się po meble. Wygląda to tak, że z projektem pojechaliśmy do sklepu IKEA, tam podchodzi się do stanowiska konsultantów, dostaje numerek i czeka na rozmowę. (Jak konsultant jest wolny to dostajemy telefon, żeby przyjść). Cały proces trwa około godziny. To czas, żeby ewentualnie dokonać jeszcze jakichś zmian, o coś zapytać, rozwiać wątpliwości, itp. Ja jestem osobą „atechniczną”, że tak powiem, więc zazwyczaj się martwię, że czegoś będzie za dużo albo za mało, ale konsultantka powiedziała, że w razie czego możemy zwrócić niepotrzebne elementy. Ważne tylko, by nie były rozpakowane. To jest też moment, kiedy ustala się termin transportu i montażu. Montaż nie może się odbyć w dniu transportu, bo IKEA zakłada, że pomiędzy jednym a drugim muszą minąć minimum dwa dni. To czas na sprawdzenie, czy wszystko się zgadza i czy czegoś nie brakuje. Uczuliła nas też na to, żeby dokładnie sprawdzić z listą wszystkie elementy, które przyjadą transportem. My planowaliśmy krótki wyjazd, więc tak wszystko rozplanowaliśmy, żeby montaż nastąpił zaraz po powrocie.

Przede wszystkim muszę napisać o dobrym kontakcie z IKEA – na każdym etapie transportu człowiek jest informowany telefonicznie lub SMS-owo i uprzedzany o dokładnej godzinie dostawy. Przy odbiorze towaru jest czas na to, żeby wszystko po kolei sprawdzić, bo lista z zakupami jest podzielona na sekcje, np „szafki górne”, „szafka ze zmywarką” itp – tam są wyszczególnione wszystkie elementy, które kupiliśmy. Można (i trzeba) to sprawdzić.

Montaż

To coś, czego obawiam się zawsze najbardziej. To nie jest pierwsza kuchnia, którą „nadzoruję” i widziałam już różnych „fachowców”. Pierwszy kontakt z tymi, którzy mieli montować nowe meble był dwa dni wcześniej, przez telefon. Brzmieli w porządku. Na miejscu dokładnie przejrzeli plan, omówili z nami wszystkie niejasności i wątpliwości. Mąż na te kilka dni został w domu, zwłaszcza że dzień wcześniej sam demontował starą kuchnię. Uprzedziliśmy ich, że zależy nam na tym, żeby każdą, najmniejszą wątpliwość, z nami wyjaśniać. I tu należy im się pochwała, bo rzeczywiście montowali z głową. Okazało się w trakcie, że konsultantka doradziła nam złe zawiasy, które nie pasowały do wybranych szafek, więc musieliśmy zamówić inne. Opcje są dwie – albo można jechać do sklepu albo zamówić przez internet (dostawa to koszt 15 zł). Brakujące elementy przychodzą na ogół następnego dnia.

Blat

Zdecydowaliśmy się na dębowy blat i muszę przyznać, że jak go zobaczyłam, byłam w szoku. Pozytywnym szoku, bo spodziewałam się, że blat będzie taki sobie, tymczasem jest ekstra. Wybrałam dębowe fronty do dolnych szafek, więc bardzo mi zależało na tym, żeby kolor był spójny i wszystko do siebie pasowało. Blat jest matowy, wygląda naturalnie, ma super kolor. No po prostu jak go wyjęli z opakowania to prawie zapiałam z zachwytu 😉

Wyposażenie

To jedna z najważniejszych rzeczy, którymi się kierowałam, wybierając IKEA. Wiedziałam po prostu, że oni mają patenty i patenciki, które mi się spodobają i ułatwią nasze życie. To ważne, jeśli nie masz kuchennych 100 m2. Zresztą kiedy jestem w IKEA to zwykle idę na rekonesans do działu z meblami kuchennymi, żeby zobaczyć, czy coś nowego wymyślili. I na ogół coś wpadnie mi w oko. Tym razem wyjątkowo mi zależało na sensownym rozplanowaniu części „spiżarnianej” – wysokiej szafki, w której będą szuflady z produktami spożywczymi. Wcześniej miałam je po prostu wszędzie, co doprowadzało mnie do białej gorączki. Jestem wielką fanką szuflad, bo wiem, o ile łatwiej się z nich wyjmuje to, czego potrzebujemy. Nasza spiżarnia to dziś wysoka szafka, do której jest łatwy dostęp – otwieranie zrobiliśmy nisko tak, by nasze młodsze dzieci mogły z niej wyjąć np płatki śniadaniowe. Zapytajcie nasze córki, co one na to 🙂 szuflady chodzą lekko, są pojemne, wyższe lub niższe. Jestem z nich bardzo zadowolona.

Druciane kosze do szafek to kolejna sprawa, z którą miałam do czynienia w poprzedniej kuchni. Niestety tam były one umieszczone za wysoko, przez co dostęp do garnków, które tam trzymałam, był utrudniony. Tym razem zrobiliśmy je w osobnej szafce, pod piekarnikiem, czyli nisko. Trzymam tam garnki i patelnie.

Kosz na odpady – bardzo chciałam mieć ten system. Po pierwsze ze względu na łatwą segregację śmieci – można wybrać różne pojemności koszy, dowolnie je komponować. My wybraliśmy dwa małe i dwa duże. Wybraliśmy to na podstawie obserwacji gromadzonych przez nas odpadów. Do koszy można dokupić też przykrywki (bądź zrezygnować z nich jeśli np trzymamy tam papier). Ta szafka jest wyposażona w szufladę, na której trzymamy środki czystości: jakieś płyny, ściereczki, itp. Ten system sprawia, że cała pojemność szafki jest ergonomicznie i sensownie zagospodarowana.

Półki i półeczki. Chciałam ich dużo. Wolę je mieć gęściej, co sprawia, że więcej do szafki wstawię, bez konieczności stawiania jednej rzeczy na drugiej. Tutaj otwory w korpusach są dosyć gęsto rozmieszczone, więc półki można montować dowolnie. Gęściej, rzadziej. W zależności od funkcji i rzeczy, które chcemy schować.

Zlew. Mogę śmiało powiedzieć, że po 20 latach spełniłam swoje marzenie dotyczące kuchennego zlewu. Wcześniej kierowałam się „dobrymi radami” – że ceramiczny się zbije, że się szybciej brudzi, że to, że tamto. I jestem bardzo zadowolona, że tym razem posłuchałam tylko siebie. Zlew jest głęboki, prostokątny, wygodny. I ładny 🙂 Mogę w nim myć warzywa, coś do niego odstawić.

Funkcjonalność

Dokładnie przemyśleliśmy, co i gdzie zamierzamy trzymać, więc zamawiając wyposażenie do szafek wiedzieliśmy, czego chcemy. Wysokie wiszące szafki (mają metr wysokości) lekko się otwierają, można do nich przyczepić dwa albo trzy zawiasy, można zamontować do nich hamulce, żeby się cicho zamykały (choć i bez tego zamykają się cicho :-)) Wyposażenie szuflad – wykorzystałam drewniane wkłady z poprzedniej kuchni, bo kupiłam je około dwóch lat temu, świetnie się sprawdzają i w ogóle nie są zniszczone. Jestem zadowolona z wysokich szaf, które mają ponad 2,2 m. Żeby się do nich dostać, korzystam z drabinki, ale jestem szczęśliwa, że wreszcie wazony czy inne rzeczy używane okazjonalnie (ale jednak potrzebne i nie chcę się ich pozbyć) mają swoje miejsce i nie stoją na wierzchu.

Podsumowując

Jestem zadowolona z dokonanego wyboru. Mieliśmy szczęście do rozgarniętej i komunikatywnej ekipy – dwóch panów, którzy doradzali nam również w kwestiach, które nie uwzględnił nasz kosztorys. Nie wiedziałam np., że za montaż zlewu się dodatkowo płaci, więc ostatecznie Mąż zrobił to sam, ale panowie doradzili, co i jak. Byli staranni, pracowali sumiennie, a każdy otwór, który musieli wyciąć w blacie czy meblu został zrobiony perfekcyjnie. A bałam się tego bardzo, bo sprzęt miał przyjechać dopiero po kilku dniach. Oczami wyobraźni widziałam już za duże lub za małe otwory na zmywarkę czy płytę gazową. A tu, tadam, wszystko idealnie.

Wiem, że wielu z Was ma lepsze lub gorsze doświadczenia, bo pisaliście mi o nich w komentarzach i wiadomościach. Postanowiłam swoje opisać tu skrupulatnie, póki wszystko jest świeże i mam je w pamięci. To też taki wpis dla mnie, na przyszłość, kiedy przyjdzie mi znowu kuchnię planować. Póki co od prawie 7 lat mieszkamy w wynajętym mieszkaniu i planuję mieszkać tu kolejne (przynajmniej) siedem, żeby kuchnią się nacieszyć. Przez te wszystkie lata kuchnia w naszym mieszkaniu była jego najsłabszym elementem. Nie mogłam już patrzeć na stare szafki i brak funkcjonalności i ciągle myślałam o wyprowadzce „do czegoś z ładniejszą kuchnią”. Warto było jednak się zmobilizować i podjąć decyzję do zmian.

66
Previous Post
Next Post