Lato na działce 2019

Mój najukochańszy miesiąc – czerwiec. Czekam na niego cały rok i przyjmuję z całym dobrodziejstwem – upałem, suszą, wieczorną burzą. Koniec czerwca to na naszej działce początek tego, co najpiękniejsze – dzikich kwiatów i pszczół uwijających się nad nimi. Kiedyś marzyłam o ogrodzie w angielskim stylu – równych rabatach okolonych gładkim trawnikiem. Różanych zakątkach, starannie przyciętym żywopłocie. Ale to jednak dalekie jest mojej naturze. Naturze zwichrowanej, która z jednej strony chciałaby mono, a z drugiej rwie się do kolorów, dzikich traw, chwastów i zielonego bałaganu. Czasem zatrzymuję się gdzieś na poboczu i brodzę w chaszczach, bo maki i rumianki tam rosną albo dzika trawa.

W zeszłym roku trafiłam na ogrody Pieta Oudolfa (pisałam tutaj o nich) – to była połowa sierpnia, trochę późno, by wcielić w życie pomysły, które wtedy zobaczyłam, ale mimo to i tak zamówiłam trochę roślin, które posadziłam. Tej wiosny czekałam na to, co z tego będzie, bo wyglądały trochę jak chwasty. Wybujałe, to znów płożące, wystrzeliły w górę zasłaniając inne rośliny – potęga natury i nauczka dla początkującego ogrodnika, który wszystko chciałby mieć natychmiast, tu i teraz, więc sadzi gęsto jakby jutra miało nie być.

Skrupulatnie notowałam też nazwy roślin, które podpatrzyłam na innych, starych działkach. Wtedy, kiedy kwitły i zachwycały mnie swoimi kolorami.  Im dłużej tu gospodarujemy, tym większą mam pokorę dla tej konkretnej ziemi, w której dobrze rosną róże i wiejskie kwiaty. Już nie robię nic na przekór, byle tylko się przekonać, że znów nie miałam racji i coś uschło albo zmarzło zimą.

W tym roku znowu postanowiliśmy spróbować z warzywnikiem. Nasze nieśmiałe próby i pięć krzaków ogórków, z których coś będzie, trochę kopru, buraki może i ze dwa pomidory. Jestem cierpliwa, łatwo się nie zniechęcam. Jestem dla siebie wyrozumiałym nauczycielem i cierpliwym uczniem.

Wakacje zaczęły się dla nas szybko – egzaminy ósmoklasisty, młodsza też ma wakacyjną przerwę w przedszkolu, więc uciekamy na działkę z małą wałówką, piciem i olejkiem waniliowym na komary. A czasem muszę tu przyjechać sama albo ze starszą córką. Ona sobie, a ja sobie. Z książkami, kanapkami albo drożdżówkami kupionymi po drodze.

Nie dalej jak kilka dni temu ochroniarz na działce zobaczył, że nasze dzieci kąpią się w dmuchanym basenie i zapytał:
– Przepraszam, że się wtrącam, ale czy odkażają państwo tę wodę? – hmn… trochę zbił nas z pantałyku.
– To jest woda z głębokości 6-7 metrów, więc jest zanieczyszczona i na pewno nie nadaje się do kąpieli ani tym bardziej do picia.
Przyznam, że nie wpadłam na to, w jakiejś swojej naiwności albo głupocie, że działkowa woda nadaje się raczej do podlewania niż kąpieli i na herbatkę. Zaczęliśmy więc przywozić wodę na herbatę i do picia, a z basenem… cóż, trzeba będzie coś wymyślić.

Na zdjęciach jest woda Żywiec Zdrój w szklanych butelkach, którą dostałam do spróbowania. Woda jest dostępna w wybranych restauracjach i kawiarniach, a jesienią będzie w regularnej sprzedaży w sklepach.

Na co dzień sporadycznie kupuję wodę, chyba że mam ochotę na coś specjalnego. Zdarza mi się kupować wodę gazowaną. Ta jest przygotowana we współpracy z hydrosommelierem (tak, jest ktoś taki!), Tomaszem Koleckim, który współuczestniczył w doborze odpowiedniego poziomu nagazowania wody i wielkości oraz rozproszenia bąbelków (w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś nad tym pracuje, a tu proszę). Lubię też mieszać wody gazowane z sokiem. Dla mnie to dobra alternatywa dla kolorowych napojów gazowanych.

10
Previous Post