Poznań – gdzie zjeść. Wiosna 2019.

Uwielbiam Poznań, ale to przecież wiadomo. Tym razem udało nam się pojechać tam na kilka przedmajówkowych dni. Zamieszkaliśmy na Jeżycach, w starej kamienicy, w mieszkaniu na wynajem, więc mogłam w końcu spełnić swoje marzenie i zobaczyć, jak to jest tam przez chwilę pożyć. Oprócz mega niewygodnej kanapy, na której przyszło nam spać (auć, moje plecy!), wszystko, absolutnie wszystko było wspaniałe. Piękne mieszkanie, piękne światło, przyjazny i fajny właściciel.

Tym razem postanowiłam też nie pytać nikogo o porady i sama wybrałam kulinarne miejscówki, do których poszliśmy.  Za wyjątkiem jednego miejsca, gdzie podobno podają „dobre kawki”, do którego zrobiłam już drugie podejście, bo myślałam, że pierwsze kiepskie doświadczenia to był wypadek przy pracy (a nie był, bo okazuje się, że można parzyć czarną herbatę 15 minut, podać taką mętną i mroczną esencję klientowi i strzelić focha, że jest niezadowolony. Można też podczas tej samej wizyty strzelić focha, że klient jest niezadowolony, że nie dostał śniadania, które zamówił), ale o złych miejscach pisać tu nie zamierzam. Pominę je po prostu milczeniem i drugi raz tam nie pójdę, bo po co. Poznań ma naprawdę mnóstwo świetnych miejscówek, więc jest w czym wybierać.

Zaczynamy?

Happa to Mame

To było jedno z największych oczarowań nie tylko w Poznaniu, ale w ogóle. Troszkę jestem bowiem zmęczona lokalami robionymi według podobnego wzorca – wystroju i jedzenia. Wchodząc do tego miejsca można poczuć się nieco zdezorientowanym, tak bardzo jest inne od wszystkiego, co dookoła. Japońskie słodycze robione na miejscu, japońska herbata i kawa wypalana w Osace. Na miejscu pracują trzy osoby – Poznaniak Marcin, który ma naprawdę konkretną zajawkę na to, co robi i co sprzedaje i dwie osoby z Japonii: Shota z Osaki, który parzy herbatę, robi kawę i desery, a w weekendy jest jeszcze Kana z Sapporo. Powiedzieć, że oni tam parzą herbatę i dają słodycze to jak nic nie powiedzieć, bowiem to, co robi ten gość, jest jak przedstawienie. W Japonii byłam raz i tęsknię jak nie wiem, co. Przenieść się do niej na chwilę dzięki tym napitkom i deserom to było jak prezent z okazji Dnia Dziecka. Polecam bardzo, bardzo. Aha, zapomniałam dodać, że czekają na koncesję na alkohol i mają w planach podawanie wieczorami różnego rodzaju sake (uwielbiam!) i japońskich przekąsek. „Happa to Mame” znaczy „Liść i fasola” <3

Szamarzewskiego 17, Poznań Jeżyce

Święty

To miejsce znałam ze zdjęć na instagramie i wiedziałam, że kwestią czasu jest, kiedy tam przyjdę. Akurat mieszkaliśmy nieopodal i po raz pierwszy weszliśmy tam z marszu. Był wieczór, my byliśmy najedzeni, ale dzieci zapragnęły deserów na wynos (croissant z bezą). Jak zobaczyłam to wnętrze i te miłe, uśmiechnięte twarze, wiedziałam, gdzie na drugi dzień zjem śniadanie. (I na trzeci zresztą też, tak nam podpasowało). Na miejscu wypiekają chleb i bułeczki oraz ciasta i robią naprawdę pomysłowe śniadania – fantazyjne kanapki, jajka. To, czego na pewno trzeba spróbować, to Baby Dutch Pancake – to rodzaj omletu upieczonego na żeliwnej patelni, podanego z owocami. Cudo! Dodajmy do tego śliczną i naprawdę bardzo sympatyczną właścicielkę i jej ekipę i jesteśmy w niebie. Gdybym mieszkała w Poznaniu, pewnie byłabym tam codziennie.

ul. Kraszewskiego 12, Poznań – Jeżyce

Trzecia Kawa

Hmn, powiem tak: to miejsce ma potencjał  i nie wiem, zupełnie nie wiem, czemu było tam tak pusto, kiedy wpadliśmy, wydawać by się mogło, w godzinach kawiarnianego szczytu. Idealny lokal, żeby przyjść z komputerem, żeby popracować albo z książką, żeby poczytać. Spokojne, kameralne, ładne, bardzo nowe i z naprawdę wspaniałą kawą. Tu zdecydowanie wiedzą, jak robić latte art, a kiedy popatrzysz, z jaką nabożną czcią przygotowują każdą filiżankę, wiesz, że jesteś we właściwym miejscu.

ul. Polna 1, Poznań – Jeżyce

Min_s Table 

Wiedzieliśmy o tym miejscu już wcześniej, ale, tradycyjnie, po raz pierwszy zobaczyliśmy je przypadkiem, idąc ulicą. Jak zobaczyliśmy, wiedzieliśmy, że jak nasze dziecię trochę się uspokoi albo uśnie, to tam zawitamy. Lokal jest malutki, z wielką witryną, przez którą można zajrzeć i zobaczyć, czy np. jest wolne miejsce. Kelnerki (ach, co to za mało adekwatna nazwa dla tych sympatycznych, przyjaznych dziewczyn, które tak pięknie opowiadają o jedzeniu podawanym w restauracji) siedzą razem z gośćmi, dzięki czemu dokładnie wiedzą, czego potrzeba i komu. Bibimbap to koreańskie danie w misce składające się z ryżu, warzyw i (opcjonalnie) mięsa i jajka, przyprawione pastą z papryczek chili. Tu jest kilka misek do wyboru, a do tego kilka przystawek. Piękne, świeże i pyszne. Na pewno będę tam wracać.

ul. Kraszewskiego 14, Poznań-Jeżyce

Modra Kuchnia

 

Z Modrą miałam do czynienia już kilka lat temu, gdzie zjadłam najlepszą na świecie pyzę z kaczką. Pyza to taka kluska gotowana na parze. Było to kilka lat temu, ale było taaaaakie, że smak pamiętałam cały czas. Tym razem znowu udało się tam pójść i prawie zemdleć, bo takie było dobre. Jeśli chodzi o kuchnię bardziej tradycyjną, jakiś rosołek, kluseczki, mięso czy właśnie kaczka, to dla mnie to miejsce jest absolutnym faworytem w Poznaniu. Czego tam nie spróbuję, to mi smakuje. Uwielbiam i kiedy fantazjuję o poznańskich potrawach siedząc w Warszawie, moje myśli wędrują najczęściej tam.

ul. Mickiewicza 18 lok. 2 Poznań

Uno Cafe

Miejsce dosyć oblegane, wieść niesie, że mają tu najlepsze śniadanka, więc warto przyjść wcześniej, żeby zająć stolik. My przyszliśmy kwadrans przed otwarciem, a już na ulicy czekali głodni klienci. Konkretna, fachowa obsługa, która od razu informuje o czasie oczekiwania na śniadanie, żeby nie było zaskoczenia albo marudzenia, że za długo. Piękne, naprawdę piękne kawy (kawowi maniacy zrozumieją, co mam na myśli) i świetne jedzenie. Ja byłam szczególnie zachwycona francuskimi tostami. Bardzo miła atmosfera, ładne i przytulne wnętrze. Naprawdę fajnie.

ul. Prusa 4/2 Poznań

Ruina i Raj

Tego rarytaska zostawiłam sobie na koniec. Wiadomo, że ich kocham jako ludzi, bo bardzo dobrze się znamy i może patrzę na wszystko przez różowe (albo ryżowe 😉 ) okulary jeśli o nich chodzi. Jednak wyczyn, jakiego dokonali tym razem, godny jest złotego medalu. Poprzednie miejsce, jak wiadomo, było na poznańskiej Śródce, ale splot różnych zdarzeń sprawił, że kamienica, w której mieściły się restauracja i kawiarnia poszedł do remontu, wzrósł czynsz, a oni postanowili znaleźć nowe miejsce i w trzy miesiące zrobić w nim nowy lokal. I o ile „zrobienie lokalu” polegałoby na wstawieniu do niego stołów i krzeseł i wyposażeniu kuchni, termin 3 miesiące mógłby wydawać się całkiem spoko. Jednak ci wariaci skuwali to, co jest do skucia, siedzieli na budowie non stop i zrobili tam po prostu perełkę. Kwintesencję wszystkiego, co kochają. Patenty i patenciki, fota dzikich koni zrobiona przez Pawlaka i wydrukowana na płótnie wielkości Bitwy pod Grunwaldem. Jakieś budki telefoniczne w środku, zaułki i zakamarki dla zakochanych. Wszystko, absolutnie wszystko jest tam pod prąd, jest inne, jest ich i jest nie do podrobienia.

Jeśli chodzi o kuchnię – tym razem nie jadłam. Tylko siedziałam, gapiłam się i piłam drinki próbując sernika. Jadłam za to dziesiątki razy wcześniej. Polecam, choćby zajrzeć i przybić z nimi piątkę.

ul. Święty Marcin 34, Poznań

Taczaka 20

Mam do tego miejsca mega wielki sentyment i zawsze, ale to zawsze, kiedy jestem w Poznaniu, muszę tam pójść choćby raz. Uwielbiam tam siedzieć i pić kawę. Lubię to wnętrze, takie surowe, z wielkim oknem, przez które widać ulicę.

Taczaka 20, Poznań


Będę pisać więcej o Poznaniu, już niebawem! To nie koniec super miejscówek <3

19
Previous Post
Next Post