Lubię polskie ubrania

Lubię nosić polskie produkty, naszych rodzimych manufaktur, z miejsc gdzie można porozmawiać z pomysłodawcą albo twórcą, który je uszył. Uwielbiam te wszystkie małe pracownie, w których jedna osoba projektuje wzór, np. go rysuje albo maluje, a potem produkuje materiał, wymyśla, kroi, szyje. W ten sezon wchodzę ze świetnymi ubraniami i z radością stwierdzam, że nawet nie kusi mnie wyprawa do sieciówki. Za każdym razem, kiedy podobało mi się coś z małej manufaktury i odnajdowałam w sieciówce tego „odpowiednik”, po pewnym czasie okazywało się, że to jednak nie jest to samo, choć teoretycznie z tego samego materiału, np. lnu. Fajnie jest dojść po wielu latach do wniosku, że wreszcie noszę to, co lubię, w czym mi jest wygodnie i czego nie ma milion innych osób. Wiadomo, że jest pewnie wiele byle jakich firm, które szyją słabe rzeczy, ale o takich tu nie chcemy mówić.

Pochodzę z rodziny, gdzie dużo się robiło własnymi rękoma: mama robiła na drutach, dziadek szył buty (choć nie był szewcem), jedna ciotka była modystką i robiła czapki, przyjaciółka mamy szyła dzieciom, i tak dalej, i tak dalej. Od małego wiedziałam, że takie rzeczy, zrobione tylko dla nas, są specjalne, są szczególne i wyjątkowe. Moja mama szyła mało, więc trochę zazdrościłam koleżankom, które mogły sobie wybrać jakiś wzór z niemieckiej Burdy, a ich mamy zabierały się potem do dzieła i szyły im kombinezony czy spodnie. Trzeba pamiętać, że mówię o czasach PRL-u, bo wtedy byłam mała, w sklepach nic nie było, więc kobiety przerabiały a to firany, a to zasłony (mój brat z kapy na łóżko miał uszyty strój Indianina na zabawę w przedszkolu). Pamiętam też wyprawy z moją Babcią do krawcowej. Co jakiś czas, kiedy Babci udało się kupić jakiś solidny kawałek materiału, zabierała mnie ze sobą i szłyśmy do krawcowej. Te przymiarki, te wykroje.

Może dlatego dziś wciąż serce mi mocniej bije, kiedy mam świadomość, że noszę coś, co uszył ktoś specjalnie dla mnie. Ktoś, kto prowadzi małą firemkę i dopiero zaczyna, ktoś, kto ma serce pełne marzeń i głowę pełną pomysłów. Te rzeczy, o ile są uczciwie i solidnie zrobione, właściwie prawie wcale się nie niszczą. Albo niszczą się powoli. Chciałabym dziś przedstawić Wam kilka moich ulubionych firm.

 

Elementy wear

Zobacz stronę www

Cóż, gdybym mogła, wykupiłabym cały sklep. Uwielbiam te rzeczy, tę szlachetną prostotę i transparentność, która polega na tym, że firma dokładnie przedstawia na metce poszczególne elementy, które składają się na taką, a nie inną cenę. Do tego 1% zysku przeznacza na rzecz działań prospołecznych. Ubrania są w większości szyte w szwalni na warszawskiej Pradze. Zimę przechodziłam w wełnianym płaszczu, który pokochałam od pierwszego opatulenia się nim. Teraz postawiłam na trencz: jest w czym wybierać, ale trzeba się spieszyć, bo ubrania są szyte w krótkich seriach i nie są później doszywane.

 

Seaside Tones

Zobacz stronę www

czyli Ania Rutkowska i jej lniane ubrania. Już pisałam o nich przy okazji jednego z Prezentowników, ale od tamtego czasu Ania znacznie poszerzyła ich asortyment i dziś zaczyna podbijać z nimi świat, bo jej klientki mieszkają np. w Australii. Ania i jej mąż, Michał, są fotografami, a ich blog Mammamija jest zapewne znany wielu z Was. Oboje dużo podróżują po świecie, a Ania doskonale wie, co w modzie piszczy. Ania wszystkie swoje ubrania prezentuje na sobie, a ponieważ jesteśmy tego samego wzrostu, potrafię sobie wyobrazić, jak będę wyglądała w tym czy w tamtym i czy ta sukienka nie jest czasem za długa. Kupiłam u niej mnóstwo ubrań i są to jedne z moich ulubionych rzeczy. Len jest zmiękczany, delikatny, no i te kolory…

 

Dzień dobry sklep

Zobacz stronę www

Nie wiem, czy o tym pisałam, czy nie, ale zaczęło się od kurtki, którą kupiłam nad morzem w małym sklepiku, który sprzedawał tylko polskie ubrania i akcesoria. Jak ją zobaczyłam, to natychmiast musiałam ją mieć. Kurtka „Warzywniak”, bo o niej mowa, była moim pierwszym ubraniem z dzień dobry, malutkiej manufaktury, którą prowadzą Jaśmina Parkita i Norbert Serafin. Jaśmina skończyła ASP i sama projektuje wzory -kolorowe kwiaty, ptaki, tygrysy. Od pierwszej kurtki, moja kolekcja ubrań znacznie się powiększyła, zwłaszcza że zainteresowała się nimi moja 15-letnia córka. W przeciwieństwie do reszty moich (jej zdaniem nudnych) ubrań, te są wyjątkowo OK. Mamy różne kurtki, bomberkę, kurtkę zimową i plecak. Plecak, który jest genialny, gdyż jest lekki, pojemny i bez przerwy wzbudza zainteresowanie. Ostatnio w Poznaniu w ciągu dwóch dni ktoś mnie trzy razy o niego zapytał.

 

Roe and Joe

Zobacz stronę www

To rzeczy nie dla mnie, a dla dzieci. Teraz jest druga kolekcja (firma zaczęła swoją działalność jesienią ubiegłego roku). Szyje przede wszystkim z lnu według wzorów sprzed trzydziestu lat, których używała mama właścicielki. W tym sezonie doszły też klasyczne sandałki, które zamawiają w malutkiej manufakturze w Hiszpanii u pana Alberto. Moje córki natychmiast po otrzymaniu paczki muszą się w te rzeczy przebierać i niezależnie od pogody paradują w nich od rana do wieczora.

 

Risk made in Warsaw

Zobacz stronę www

To był powiew świeżości. Kiedy Antosia i Klara otworzyły Riska, niemal każda dziewczyna chciała coś z niego mieć. Zaczęły od dresu, z którego szyły sukienki i bardzo charakterystyczne płaszcze. Pamiętam, że kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy na koleżance i dowiedziałam się, co to jest, na drugi dzień biegiem popędziłam do sklepu, żeby sobie coś kupić. Kupiłam wtedy inny płaszcz, ale długo w nim później chodziłam. Od tamtej pory bardzo się wszystko rozwinęło, dziewczyny kombinują z różnymi tkaninami, choć dres wciąż jest tu gwoździem programu. Mam kilka sukienek, choć szczególnym sentymentem darzę ich spódnice. Teraz doszła wiskozowo-lniana bluzka, w której zakochałam się od pierwszego założenia. Trochę nonszalancka, trochę romantyczna, a w każdym razie taka, której nie chce się zdejmować. Mam też z najnowszej kolekcji płaszcz „w kolorze nieba”. Czuję się w nim jak kolorowy ptak, kiedy wychodzę na szarą ulicę. Zimą stałam się też szczęśliwą posiadaczką ich wełnianego szarego swetra, który przypadł mi do gustu, bo przypomina luksus, jaki daje opatulenie się mięciutkim szlafrokiem. Tylko akurat w tym swetrze można spokojnie wyjść na ulicę.

Histore

Zobacz stronę www

Kolejna malutka pracownia z lnem, bawełną i wiskozą. Spódnice. Klasyczne, subtelne, świetnie uszyte. I te kolory! To jest taka spódnica, którą założysz i chcesz przechodzić w niej cały dzień – nic nie uwiera, nic nie przeszkadza, a jednocześnie nie jest oversize’owa, czyli jeśli ktoś nie przepada za rzeczami zbyt dużymi, ta powinna przypaść mu (a raczej jej!) do gustu. To jest taka rzecz, że jak się ją weźmie do ręki i obejrzy z każdej strony, to człowiek widzi różnicę między tym a ubraniem z sieciówki. Bo kiedy oglądamy coś na zdjęciach, to wszystko się wydaje piękne i wspaniałe, dopiero po pierwszym czy drugim praniu cała prawda wychodzi na jaw, kiedy nie można już ubrania zwrócić do sklepu, bo było używane, a z reklamacją też różnie bywa.

 

40
Previous Post
Next Post