Donuty

Kiedyś rozmawiałam z pewnym cukiernikiem, który rozwijał sieć swoich cukierni. Sugerowałam, że powinien otworzyć może jeszcze tu, a może tam, a on podsumował naszą rozmowę tak: Wiesz, tak naprawdę to marzę o tym, żeby zamknąć wszystkie te cukiernie i zostawić sobie tylko jedną, tę najmniejszą, trochę na uboczu, z dala od wszystkiego. Wróciłam do domu i zaczęłam się nad tym zastanawiać. W dzisiejszych czasach chcemy wszystkiego więcej: więcej pieniędzy, więcej sławy, większych zasięgów, większych mieszkań. Powiększamy to, co mamy. Dokupujemy, rozwijamy. W końcu od dziecka się nam mówi, że trzeba iść do przodu, że sukces jest w zasięgu ręki, ale jeśli go osiągniesz, sięgaj po kolejny. Dalej, lepiej, bardziej.

On, ten cukiernik, o tym nie wie, ale to, co mi wtedy powiedział, dało mi do myślenia. Przypomniało mi wywiad ze znanym dziś piekarzem, Danem Lepardem, który niegdyś był fotografem mody i robił sesje między innymi dla Vogue. Dlaczego już nie fotografujesz, Dan? Przecież miałeś pracę marzeń! – zapytał go dziennikarz. A Dan odpowiedział prosto: przestało mnie interesować to, co widziałem po drugiej stronie obiektywu. I tyle. Gdyby podejść do tego bezrefleksyjnie, można by dojść do wniosku, że „głupio zrobił”. Ale, jeśli się głębiej nad tym zastanowić, można go zrozumieć. Ile razy w ciągu jednego życia zmieniamy wszystko? Zazwyczaj się boimy, tkwimy więc w bezpiecznej i cichej przystani, akceptując to, co za nami i to, mniej więcej, przewidywalne, co szykuje dla nas los (a może my sami?).

Zmiany są dobre, są potrzebne. Bywają jak wiatr w zmęczone skrzydła. Ważne, żeby się ich nie bać i słuchać głosu serca.

A dziś, dla Was przepis na donuty.

Dzień przed Tłustym Czwartkiem brałam udział w testowaniu warszawskich pączków dla stołecznej Gazety Wyborczej, która przeprowadza taki ranking od wielu lat. I wiecie co? Żaden z pączków nie był szałowy, a powinien być choć jeden, prawda? Albo za tłuste albo niewyrośnięte ciasto, a jak już wszystko niby w porządku, to okazywało się, że w pączku nie ma nadzienia (albo jest beznadziejne). Czyli, Rodacy, smażmy pączki sami, nikt ich nie pobije.

Z ciasta, na które podaję przepis, można zrobić albo klasyczne, nadziewane pączki albo donuty – wystarczy ciasto rozwałkować na lekko podsypanej mąką stolnicy, szklanką wyciąć kółka, kieliszkiem w kółku środek i usmażyć w rozgrzanym tłuszczu (ja używam oleju, rozgrzanego do temperatury 180 st C – sprawdzam temperaturę termometrem cukierniczym, który kosztuje kilkanaście złotych, a naprawdę bardzo, ale to bardzo się przydaje. Kiedy smażymy w tej temperaturze, pączki pieką się w środku równomiernie i nie palą na zewnątrz. Więcej porad na temat pączków spisałam tutaj: http://whiteplate.com/2011/01/paczki-male-abc/

Dziś już nie bawię się w szprycowanie pączków po usmażeniu (choć to dobry trop dla tych, którzy boją się, że pączki otworzą się podczas smażenia) i wiem już, że ten pożądany biały pasek na pączku to w dużej mierze odpowiednio wyrośnięte ciasto. Nie można smażyć pączków niewyrośniętych, no chyba że lubimy twarde gnioty 😉

Donuty

Ciasto, na który podaję przepis, jest raczej mało słodkie. Doszłam do wniosku, że powinno takie być, bo po usmażeniu donuty i tak smaruję lukrem. Jeśli lubisz bardzo słodkie, sypnij więcej cukru, np 100 g.

Składniki

  • 30 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 200 ml mleka
  • 4 żółtka
  • cukier waniliowy
  • 70 g masła
  • szczypta soli
  • 500 g mąki pszennej
  • 2 łyżki alkoholu (ja leję, co mam, szczególnie lubię wlewać… Amaretto) Jeśli nie masz alkoholu, użyj octu spirytusowego lub jabłkowego. (Mi zdarzało się wlewać też ocet ryżowy lub… sake) Chodzi o to, że alkohol/ocet sprawia, że ciasto nie chłonie tyle tłuszczu podczas smażenia.

Przepis

  1. Mleko podgrzewamy do temp. 37 st C. Mieszamy z drożdżami i odstawiamy na 20 minut.
  2. Dodajemy cukier, mieszamy.
  3. Teraz dodajemy pozostałe składniki – ja robię tak, że ciepłe mleko przelewam do misy miksera i tam dodaję wszystko po kolei. Na końcu miksuję całość ok. 10 minut. Można też ciasto zagniatać ręcznie, ale jeśli tak, to przestrzegam przed dosypywaniem mąki – dosypywanie jest tu absolutnie niepotrzebne.
  4. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy na godzinę.
  5. Po godzinie przekładamy połowę ciasta na lekko oprószony mąką blat, rozwałkowujemy na grubość 1,5 cm, wykrawamy szklanką koło, następnie przy użyciu kieliszka wycinamy środek i znowu odstawiamy na 30-40 minut pod przykryciem, żeby wyrosły. Uwaga: to wyrastanie to bardzo, bardzo ważny etap i nie radzę go pomijać lub pospieszać. Im lepiej wyrośnie ciasto przed smażeniem, tym bardziej puszysty będzie później pączek.
  6. W głębokim garnku (często używam do tego celu woka) rozgrzewamy tłuszcz. Dużo tłuszczu. Ja zużywam tu litr oleju roślinnego. Nie można oleju żałować, pączek musi w nim swobodnie pływać. Rozgrzewamy olej do temperatury 180 st C (są różne metody sprawdzania, „czy to już”, moja babcia wrzucała kawałek skórki od chleba lub ziemniaka, ale ja jestem leniwa i korzystam z termometru cukierniczego, który opieram o krawędź garnka i kontroluję temperaturę przez cały czas smażenia). Smażymy ok. 1 minuty z każdej strony.
  7. Po usmażeniu wyjmujemy pączki na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem i studzimy.
  8. Robimy lukier: do cukru pudru wlewam odrobinę ciepłej wody i mieszam do uzyskania interesującej mnie konsystencji. Smarujemy pączki, posypujemy posypką, o ile chcemy.

Smacznego!

14
Previous Post
Next Post