Pierniczki imbirowo-pomarańczowe

Nadszedł grudzień, a w grudniu zawsze myślę o tym, że jeszcze miesiąc, a dni będą znowu coraz dłuższe. Ta nadzieja pozwala mi w spokoju czekać na święta, w tym roku znowu w naszym domu. Lubię mieć wszystkich pod ręką, lubię ten rozgardiasz, rozmowy od rana do nocy. Umiemy podzielić się obowiązkami i zgadzamy się co do tego, że wszystkiego ma być nie za dużo, w granicach rozsądku, bo nikt z nas nie lubi wyrzucać jedzenia. Każdy robi to, w czym czuje się najpewniej i najlepiej.

Ten przedświąteczny czas to dla mnie pora refleksji i podsumowań. Patrzę na dzieci, które rosną jakby szybciej – więcej mówią, mniej rozrabiają i chętniej chcą pomagać w kuchni. A to pomaganie jest szczerym zaangażowaniem, które nie mija po pięciu minutach od wsypania mąki na stolnicę. I zawsze sobie wtedy przypominam siebie czteroletnią, kiedy z Babcią, Mamą albo Ciocią lepiłam świąteczne pierogi, a ich instrukcje zakodowały się na twardym dysku mojej pamięci pewnie na zawsze. Najważniejsze były wtedy nasze rozmowy – czułam, że mam te osoby tylko dla siebie, na wyłączność. Że gotowanie jest i dla nich i dla mnie pretekstem do tego, żeby BYĆ. Razem, tam i wtedy, tu i teraz.

Bardzo dbam o nasze tradycje i wspólne działanie. Z całego serca pragnę, by moje córki pamiętały, że jesteśmy dla nich, że chcemy je czegoś nauczyć, że są dla nas ważne. I choć mają różne temperamenty, to łączy je jedno – wszystkie chcą z nami gotować. Czasem tłoczymy się razem przy jednym stole – każdy coś robi, każdy coś mówi (a na końcu tata zostaje na polu bitwy i sprząta ;)). Są też takie chwile, kiedy Tata piecze ciasteczka z jedną z córek, a ja tylko się przyglądam, stojąc gdzieś obok, podając potrzebne im rzeczy albo udzielając wskazówek.

Tym razem piekli pierniczki imbirowo-pomarańczowe. Potrzebowaliśmy ciasteczek, które swobodnie poczekają na święta, zamknięte w puszce. Można je polukrować, jeśli ktoś chce, ale my wolimy chyba takie bez lukru.

Na zdjęciach nasze nowe kuchenne „przydasie” ze sklepu Tchibo:

Próżniowe pojemniki na żywność – solidne, z mocnego tworzywa, ze szczelną przykrywką, która chroni to, co w środku – np. mąkę przed wołkami zbożowymi. Mam tylko dwa, ale zamierzam dokupić kolejne.

Widelczyki do ciasta – przy dużej rodzinie sztućców nigdy dość, a zwłaszcza łyżeczek i widelczyków do ciasta. Te spodobały mi się, ponieważ są proste i dobrej jakości.

Tarka wielofunkcyjna – sprytna, bo składana. Można ją też w dowolny sposób oprzeć na blacie, dzięki czemu jest wygodna w użytkowaniu. I – co nie zawsze jest oczywiste – jest naprawdę ostra. Używamy jej do tarcia wszystkiego – począwszy od gałki muszkatołowej, przez skórkę owoców cytrusowych, czekoladę i Parmezan. Od kiedy ją mamy, pozbyliśmy się innych małych tarek. Plastikowa osłona zabezpiecza użytkownika (zwłaszcza młodego, który grzebie w szufladach 😉 przed przypadkowym skaleczeniem.

Kosz druciany – na kuchennym parapecie lub na stole zawsze mamy owoce sezonowe, dzięki czemu nasze dzieci mają do nich łatwy dostęp. Ten jest solidny, porządnie wykonany i nie za wysoki, dzięki czemu można łatwo wyjąć coś, co sobie w nim upatrzymy. Kiedy nie trzymam w nim owoców, przechowuję w nim akcesoria do pisania 🙂

Wałek do ciasta – mam różne wałki, swego czasu kupowałam je bez opamiętania. Ten jest bardzo lekki, dzięki czemu nawet dziecko korzysta z niego z łatwością i ma uchwyty z litego drewna bukowego.

Przydasie można kupić w stacjonarnych sklepach Tchibo oraz na tchibo.pl  A w najnowszym katalogu jest kupon uprawniający do 15% zniżki (obowiązuje do 24.12.2018).

Pierniczki imbirowo-pomarańczowe

Z tego ciasta wyjdzie prawie milion pierniczków. Żartuję, oczywiście, ale rzeczywiście wychodzi ich dosyć sporo. Ciasto jest uniwersalne i można z niego upiec zarówno cienkie, chrupiące, niewielkie ciasteczka, jak też duże pierniki do powieszenia na choince – wszystko jest kwestią odpowiedniego rozwałkowania. Te malutkie mają kilka milimetrów grubości, duże około pół centymetra. Jeśli chcesz upiec pierniki na choinkę, pamiętaj o wycięciu w nich dziurki (my robimy to przy pomocy słomki). Uwaga – dziurkę robimy w surowym cieście i powinna ona być dosyć spora.

Twarde czy miękkie? Jedna i druga opcja ma zwolenników i przeciwników, ale i tu wychodzę Wam naprzeciw. Z tego ciasta można zrobić takie i takie, wszystko jest kwestią odpowiednio długiego (lub krótkiego) czasu pieczenia. Małe pierniczki piekę 7-8 minut i wyjmuję z piekarnika, kiedy mają rumiane brzegi, ale są jeszcze miękkie. Po ostudzeniu robią się kruche. Jeśli chcę mieć twarde pierniczki, piekę je ok. 10-12 minut (tyle też piekę pierniki, które mają być choinkową dekoracją).

Bardzo ważne: schłodzenie ciasta przed wałkowaniem i pieczeniem. Oczywiście można zagnieść ciasto i od razu, podsypując je mąką, wałkować i piec, ALE takie ciasto będzie bardziej twarde (ciasto nieschłodzone ma tendencję do klejenia się do wałka/blatu) i mniej aromatyczne. BARDZO polecam zagnieść ciasto, zawinąć w folię spożywczą i pozwolić mu się solidnie schłodzić i „przegryźć”. Ja zostawiam je w lodówce na całą noc. Minimum to dwie godziny. Ciasto wałkujemy partami, wyjmując z lodówki potrzebną ilość. Schłodzone ciasto łatwiej jest rozwałkować, nie potrzebuje ono do podsypywania dużych ilości mąki, nie klei się do foremek, a podczas pieczenia zachowuje kształt.

I… to chyba na tyle.

Składniki

Do odmierzania składników używałam szklanki o pojemności 200 ml. Możesz użyć dowolnej szklanki, byle tą samą odmierzać wszystkie produkty.

  • 2,5 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 – 3/4 szklanki ciemnej melasy (buraczanej lub z trzciny cukrowej) NIE, melasy w tym przepisie nie można zastąpić niczym innym 😉 Daje ona tu kolor i specyficzny smak i według mnie jest niezbędna
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka świeżo startego imbiru
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku
  • 1 łyżeczka świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżka octu jabłkowego
  • 2-3 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 3-4 łyżeczki świeżo startej skórki pomarańczowej
  • 1 jajko
  • 100 g masła

Przepis

  1. Wszystkie składniki wsypujemy do miski i zagniatamy ciasto. Można to zrobić przy pomocy miksera (z końcówkami – hakami), ale szybciej idzie ręcznie. Początkowo ciasto jest suche, ale podczas wyrabiania nabiera odpowiedniej konsystencji. Dobrze wyrobione ciasto powinno przypominać… plastelinę. Gdyby okazało się, że jest suche, można dodać ok. 20 g masła więcej lub więcej melasy.
  2. Z ciasta formujemy kulę, zawijamy ją w folię spożywczą i chłodzimy przez minimum 2h (najlepiej całą noc).
  3. Schłodzone ciasto dzielimy na kilka porcji i każdą z nich wałkujemy na blacie delikatnie oprószonym mąką (ja oprószam też mąką wałek, a także foremki do wykrawania ciasteczek).
  4. Gotowe ciasteczka układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
  5. Nagrzewamy piekarnik do 180 st C i wstawiamy pierniczki. Czas pieczenia: 7-8 minut malutkie, cienkie pierniczki, 10-12 minut grube i duże ciastka. Pierniczki są upieczone, kiedy brzegi są równomiernie zrumienione. Można na początku upiec małą partię, np kilka sztuk, ostudzić je i zobaczyć, czy chrupkość i twardość Wam odpowiada. Jeśli uznacie, że nie, kolejną porcję można piec dłużej lub krócej.
  6. Ostudzone pierniczki przekładamy do szczelnie zamykanej puszki. Mogą tak leżeć 1-2 tygodnie.
22
Previous Post
Next Post