Miksery mojego życia: KitchenAid czy Kenwood

Wiem wiem, tytuł lekko egzaltowany, ale to w końcu mój blog, więc co mi tam 😉 Sama sobie jestem redaktorem naczelnym, więc dziś, w odpowiedzi na licznie napływające listy do redakcji, wpis mój poświęcę mikserom. I, uprzedzając wszystkich wiedzących lepiej, nie jest to post sponsorowany.

Nie ma tygodnia, w którym ktoś by mnie nie zapytał: Lisko, co wybrać KitchenAida czy Kenwooda? Dzielnie zawsze odpisuję, zadając pytania przede wszystkim o to, do czego ten sprzęt ma służyć. „Częściej pieczesz czy gotujesz?” „Kierujesz się sercem czy rozumem?” – to drugie pytanie zwykle pomaga podjąć decyzję tym, którzy tak naprawdę chcą potwierdzenia: „Kup KitchenAida”.

A teraz moje refleksje na temat obu marek.

Miałam trzy KitchenAidy (najpierw Artisana, którego potem wymieniłam na większy model, Heavy Duty, a teraz znowu mam Artisana). Po Heavy Duty przez około 2-3 lata używałam Kenwooda Chef XL. KitchenAid to był wymarzony i wyczekany zakup, pragnęłam go jak wiele osób stojących przed wyborem swojego pierwszego miksera planetarnego. Później, na prowadzonych przeze mnie warsztatach, korzystałam przede wszystkim z mikserów Kenwooda, bo ta marka zawsze ich chętnie użyczała na moje warsztaty. W Kenwoodzie zawsze pracowali super ludzie, z którymi świetnie mi się współpracowało. Obserwowałam też, jak Kenwood się rozwija i do dziś używam np. ręcznego miksera K-mix (który uwielbiam i mam nadzieję, że będzie mi służył ze sto lat). Po kilku latach używania Chefa XL zapragnęłam odmiany, choć może po prostu stara miłość nie rdzewieje i znowu wróciłam do KitchenAida, ale Artisana. Chciałam Artisana, bo jest mniejszy, co w moim przypadku sprawdziło się lepiej. Raczej nie piekę wielkich blach ciasta i nie wyrabiam dużych ilości ciasta chlebowego.

Wady i zalety obu mikserów:

Kenwood Chef XL, zalety: duża ilość przystawek w zestawie (maszynka do mielenia, blender, malakser z tarkami), solidne, stalowe końcówki do ucierania i ubijania (w KitchenAidzie końcówki ze stali szlachetnej są w opcji dodatkowej lub z topowymi, czyt. droższymi modelami), w miarę cicha praca, płynna regulacja obrotów, bardzo duża misa. Wady: za duża misa (tak, wiem, dopiero pisałam, że to zaleta). Misa jest zbyt duża do moich domowych potrzeb i jest zbyt wysoka, co sprawia, że przekładanie ciasta było dla mnie mniej wygodne niż w KitchenAidzie i… zwykle wołałam męża, żeby przełożył ciasto do blaszki, bo mnie ręce bolą (sic!). Wadą jest też dla mnie wygląd – cóż, o gustach się nie dyskutuje, ale nie jest to najpiękniejszy sprzęt, ot, mikser po prostu.

KitchenAid Artisan, zalety: wielkość odpowiadająca mi w 100%. Utrę tym i jedno białko i masę do tortu, zrobię chleb (choć uczciwie przyznam, że jeśli chcesz robić chleb z kilograma mąki, może być trochę ciężko. Ja jednak nie robię takich wielkich bochnów, więc dla mnie ta wielkość jest wystarczająca), wygląd… tak, wiem, może to nie powinno być najważniejsze, ale dla mnie jest. Lubię mieć sprzęt, który cieszy oko, który jest ładny. W końcu wchodzę do kuchni jakieś 1500 razy dziennie i chcę móc zawiesić oko na czymś przyjemnym. Wybór kolorów tego sprzętu przyprawia o zawrót głowy. Kiedy ja, ok. 14 czy 15 lat temu wybierałam swojego pierwszego „kiciusia” do wyboru były: biały, kremowy, czerwony, czarny i antracytowy (o chropowatym wykończeniu). Miałam antracytowy, teraz mam „szczotkowany nikiel”. Jeśli stoisz przed wyborem to moja rada jest taka: idź na całość i weź coś zwariowanego lub zdecyduj się na neutralny, spokojny kolor, który Ci się nie znudzi. To sprzęt na długie lata, więc warto chwilę pomyśleć i kierować się… sercem. Zaleta to również wybór przystawek, choć niestety niezbyt tanich. Warto od razu na początku kupić mikser, który ma na wyposażeniu dodatkową, mniejszą misę. To ułatwia życie, zwłaszcza, jeśli chcemy najpierw utrzeć pianę z białek, a za chwilę żółtka z cukrem. Bardzo fajną opcją, niestety dość drogą, jest misa szklana (miałam kiedyś, ale kupię sobie znowu). To świetne rozwiązanie, kiedy chcemy widzieć, jak rośnie ciasto drożdżowe czy jak zmienia się konsystencja ucieranej masy. Ja lubię takie obserwacje. Wady: W porównaniu z Kenwoodem ten sprzęt jest dość… toporny, zwłaszcza jeśli chodzi o regulację prędkości. Tu „minimalne” obroty to start urządzenia z kopyta. Wszystko jest mechaniczne, ale to ma swój urok. Nie ma tu żadnych bajerów (w Kenwoodzie np. można włączyć podświetlanie misy, co nie jest głupim rozwiązaniem, kiedy pieczemy po nocach. Ja piekę ;)) Końcówki są gorszej jakości niż w Kenwoodzie, gdyż są pokryte emalią, która ma tendencję do odpryskiwania. Tym razem o końcówki dbam jak o własne dzieci, myję je ręcznie, po wytarciu do sucha grzecznie odwieszam na haczyk, ale ile mi posłużą bez odpryskiwania? Nie wiem. Dodam, że nowa końcówka to wydatek ok. 100 zł. Końcówki do ubijania piany, tzw rózgi nie można myć w zmywarce. Jedna nieuważna osoba, jedno mycie w zmywareczce i od tej pory dotknięcie rózgi do ubijania będzie się kończyło brudnymi rękoma.
Artisan czy Heavy Duty? Kiedy wymieniłam Artisana na Heavy Duty szybko tego pożałowałam. Po prostu nie potrzebowałam sprzętu większego, z większą misą. Ani mocniejszego. W Artisanie odchylanie głównego ramienia, by wyjąć misę jest o wiele wygodniejsze niż wyszarpywanie misy z jego większego brata.

Reasumując: jeśli kierujesz się rozsądkiem – może Kenwood będzie dla Ciebie lepszym rozwiązaniem. A jeśli od dawna podoba Ci się KitchenAid – idź w KitchenAida.

I nie słuchaj nikogo, kto za Ciebie chce podjąć decyzję. To Ty będziesz się tym cieszyć (lub nie). Dla mnie nie ma nic gorszego niż wybranie czegoś wyłącznie zdroworozsądkowo, kiedy podoba mi się coś zupełnie innego.

Udanych wyborów Wam życzę,

Wasza Pani Liska 😉

57
Previous Post
Next Post