Hario

Moja historia z Hario, czyli japońską firmą produkującą akcesoria kawowo-herbaciane łączy się z miłością do Japonii i… lenistwem. Zanim nie zaczęło się w naszym domu totalne kawowe szaleństwo (jakieś 5-6 lat temu) piłam kawę głównie z kawiarki. Zauważyłam jednak, że mój mąż w pięć sekund rozgryza wszystkie instrukcje obsługi oraz niemal każde urządzenie potrafi rozłożyć na części i złożyć z powrotem. Ba! Nawet wyjaśni mi łopatologicznie, jak co działa. Zauważyłam, że wystarczy wrzucić mu jakiś temacik, a będzie go rozkminiał tak długo, aż będzie wiadomo, co i jak. Trzecia fala kawy zalewała wtedy warszawskie kawiarnie, było modnie być w temacie, a mi ta kawa jakoś nie podchodziła (chyba że z ukradkiem podlanym mlekiem i cukrem). Co złego w mleku i cukrze do kawy? zapytacie, jak i ja pytałam. No bo co, kto bogatemu zabroni. „Szkoda tak dobrej kawy” – podpowiedział mi kiedyś mądry barista. Wtedy wszystkie filiżanki kawy przelewowej smakowały mi tak samo… źle. To chyba trochę tak jak z piciem wina – potrzeba czasu, żeby nauczyć się odróżniać niuanse, wina wybitne od tych przeciętnych. Zaczęliśmy czytać o małych palarniach kawy, o ziarnach, metodach ich obróbki (na mokro, na sucho i nie tylko), rodzajach palenia (jest ich pięć), a przede wszystkim próbowaliśmy, próbowaliśmy, próbowaliśmy. Jedne kawy były bardziej kwiatowe, inne owocowe, a jeszcze inne o nutach ciepłych i orzechowych. Z czasem odkryłam swoje ulubione palarnie i mieszanki (ale o tym może napiszę innym razem).

Wracając do Hario. Były jakieś święta czy inne urodziny i ja pomyślałam, że kupię Inżynierowi nową zabawkę. Nową, z dziedziny, jakiej nie zna. A niech rozkminia chłopak, może i z tego będą jakieś korzyści? Żeby nie zaszaleć za bardzo, na wypadek gdyby w temat się nie wkręcił, kupiłam mu wersję oszczędnościową: drip i dzbanuszek. Najtańszy, jaki był. Ale Hario. Rybka połknęła haczyk po prostu natychmiast i testowaniu nie było końca. Nie ukrywam, że kierowała mną też chęć robienia ładnych zdjęć w stylu man makes coffee i takie tam instagramerskie potrzeby. Chciałam nauczyć się pić dobrą kawę przelewową, mieć do niej ładne rzeczy, ale nie chciało mi się samej takiej kawy parzyć. A bo to odmierzanie wszystkiego, liczenie kropli wody i sekund, w jakie do kawy wpadają. Nie, nie dla mnie. Zobaczyłam natomiast, jak Inżynier,  z coraz większą frajdą przelewa, testuje, porównuje, dyskutuje. Barista jak ta lala. Jak się wchodzi w temat kawy przelewowej, człowiek zaczyna mieć większe potrzeby tego sprzętu. Chorowałam (długo) na miedziany dzbanek. Bo piękny. Potem doszły dripery – mniejsze i większe, a bo raz się robi kawy więcej, a raz tylko dla jednej osoby. Potem dzbanuszki (czyli serwery).

W tak zwanym międzyczasie pojechaliśmy do Japonii, gdzie zobaczyliśmy na żywo więcej akcesoriów Hario, bo tam są one bardzo popularne. Walizka była jednak za mała, więc wróciliśmy i kupowaliśmy te rzeczy na miejscu, w Polsce. Są marki, które się kocha jakoś tak… naturalnie. W pewnym momencie zauważyłam, że zamawiamy kawę w kawiarni, na stół wjeżdża dzbanuszek, ja mówię: „Och, popatrz jaki piękny!”, a Inżynier mówi: „To przecież Hario, pokazywałem ci wczoraj na CoffeeDesku, ale nawet mnie nie słuchałaś!”. A ja: no dobra, a możemy go kupić OD RAZU? Ile to kosztuje? I tak kupowaliśmy powoli, powolutku, a nasze kawowe półki w kuchni zapełniały się akcesoriami. Dziś podział w naszym domu jest raczej jasny: Inżynier jest od kaw przelewowych i ręcznego ekspresu ciśnieniowego, ja ogarniam tematy, gdzie trzeba wcisnąć przycisk, ewentualnie skręcić kawiarkę. Ale! Ja jestem również od herbaty i tu Hario wychodzi mi naprzeciw.

Pierwszą herbacianą rzecz Hario (choć nie miałam wtedy pojęcia, że to od nich) kupiłam jakieś 10 lat temu na wycieczce w Paryżu, w bajeranckim sklepie z herbatą. Był to przezroczysty, szklany czajniczek. Wzięłam go do ręki i musiałam go kupić. Później, ilekroć mnie ktoś pytał, skąd to jest, bezradnie rozkładałam ręce. Potem przyszła sympatia do szkła: szklanek i szklaneczek, które leżą w dłoni wygodnie i są z dobrego szkła, które nie rysuje się po trzech razach w zmywarce.

Od wakacji Inżynier mówił o jakimś malutkim młynku do kawy, który moglibyśmy zabierać ze sobą nad morze. „Ależ proszę, kochanie, dostaniesz go w tym roku na Gwiazdkę, s’il te plait!” Cóż mogę jeszcze napisać o tym bziku? Może to, że, mimo wszystko, kupujemy te rzeczy z rozwagą i w miarę potrzeb. Dziesięć razy się zastanawiamy zanim klikniemy „kup”. Być może dlatego potem wszystkiego używamy i rzeczy te nie zajmują bez sensu miejsca.

Dziś już potrafię odróżnić kawy przelewowe, nie zalewam ich mlekiem i nie zasypuję cukrem. Nauczyłam się je pić i dostrzegać w nich to coś. I najlepsza kawiarnia w mieście jest dziś w naszym domu, a przewodzi jej całkiem niezły Pan Inżynier Barista 😉

Większość naszych gadżetów Hario kupiliśmy w sklepie CoffeeDesk, który bardzo lubimy i w którym zawsze polujemy na promocje (a i tak zostawiamy tam worki dolarów tudzież polskich złotych).

Gdybyście mieli ochotę kupić sobie coś w Coffee Desk marki Hario to do końca stycznia 2019 r na hasło: wpxhario jest 20% zniżki (łączy się z innymi promocjami). 

11
Previous Post
Next Post