Czas przemija, rzeczy pozostają.

Ostatnio trafiła w moje ręce cudowna książka, którą przeczytałam w dwa dni, siedząc na ławce, wystawiając twarz do słońca i patrząc, jak moja najmłodsza córka smacznie śpi. Teoretycznie jest to książka napisana dla kogoś, kto, z racji wieku, wie, że niebawem przyjdzie mu rozstać się z tym światem, ale mnie, od dziecka, trapił temat śmierci i od zawsze się nad nim, mniej lub bardziej intensywnie, zastanawiałam.

Zastanawiałam się nad nim za każdym razem, kiedy odwiedzałam rodziców i okazywało się, że umarł jakiś sąsiad lub sąsiadka. W bloku, w którym mieszkałam za czasów mojego dzieciństwa, było zdecydowanie więcej starych ludzi niż dzieci. Widziałam te kontenery podstawiane pod okna, do których lądowała zawartość mieszkań. Czasem, gapiąc się na te rzeczy, czułam się jak w podróży w czasie. Linoleum, piecyk gazowy, kryształy, meble z PRL-u. Były tam cuda. A ponieważ dobrze pamiętałam tych sąsiadów, gdyż jako dziecko uwielbiałam starszych ludzi i lubiłam z nimi przesiadywać i słuchać ich historii, miałam też w pamięci te wszystkie sztuczne róże w kobaltowych wazonach, te fotele bujane, kapy i maszyny do pisania. Rzeczy, które dekorowały i były ważne, nagle lądowały z drugiego piętra do kontenera, a potem na wysypisko. Ten widok zawsze mnie przygnębiał, chyba nawet bardziej niż sama śmierć.

Moja ukochana Babcia była prawdziwą minimalistką. Najpierw z racji trudnych czasów, wojny i biedy, potem z wyboru. Nie znosiła rzeczy zbierających kurz, dekoracji, dywanów na ścianach, pamiątek i zdjęć. I im była starsza, tym intensywniej wszystkiego się pozbywała. Przyznaję, miałam wtedy trochę żalu o to, że sprzedaje jakąś paterę, a ja przecież chętnie bym ją przygarnęła i się nią cieszyła. Dziś jednak ją rozumiem. Mam po dziadkach stary moździerz, pierścionek i kolczyki. I trochę zdjęć, ale niedużo. Kiedyś było mi smutno, że tylko tyle, ale dziś czuję, że największą wartością są wspomnienia, jakie mnie z nimi łączą. To, co zostało w sercu, pewnie z czasem trochę wyidealizowane, ale tak bardzo moje, że ilekroć nie mogę w nocy zasnąć, przywołuję miłe chwile, w których z nimi byłam. Kiedy patrzę na bitwy o podział majątku po śmierci ludzi, którymi pies z kulawą nogą się nie interesował, kiedy żyli i wymagali pomocy, to zaczynam rozumieć sens robienia porządków przed śmiercią. A robimy je całe życie, o ile żyjemy świadomie.

Autorka mówi, że ma między 80 a 100 lat, przeprowadzała się już siedemnaście razy i ma na tyle doświadczenia, że czuje, iż ma prawo udzielać rad. I słusznie. Ta książka jest niezwykle ciepła, mądra i dająca do myślenia. Ktoś porównał ją do Japonki, Marie Kondo (którą uwielbiam i z którą spotkanie miało duży wpływ na moje postrzeganie rzeczy, nie tylko porządków).

Dziś otaczamy się taką ilością towaru i gratów, że ta lektura powinna być pozycją obowiązkową. Autorka pisze w niej, w jaki sposób zmieniał się jej świat wraz z wiekiem, jak zmieniała się jej perspektywa postrzegania rzeczy ważnych i nieważnych. Mówi o tym, jak radziła sobie z porządkowaniem domu po śmierci bliskich oraz jak sama porządkuje przestrzeń, by zostawić po sobie dobre wspomnienia.

Zastanawiam się na przykład nad sensem kupowania na kredyt wielkich domów, które nim zdążymy spłacić, pustoszeją, bo dzieci rosną i idą w świat, a my zostajemy w nich sami. Ona też o tym pisze. Pisze o sekretach, które czasem odkrywamy sprzątając po zmarłych i radzi, co z tym fantem zrobić. Mówi też o rodzinnych pamiątkach, które chciałyby na przykład otrzymać wszystkie jej dzieci (a ma ich piątkę). Co wtedy?

To ciekawa podróż przez trudne pytania i próba odpowiedzi na to, co zrobić, by zostawić po sobie porządek i zgodę wśród tych, którym przyjdzie po nas ogarniać rzeczywistość.

Sztuka porządkowania życia po szwedzku
Margareta Magnusson
Wyd: Buchmann
Premiera: 3.10.2018

2 komentarze
Poprzedni
Następny