Lubię w sierpniu

Ogrody

Ogrody Pieta Oudolfa, które odkryłam przez zupełny przypadek buszując w nocy na Pintereście. Dzikie, nieokiełznane, choć to oczywiście tylko pozory, bo zaprojektowane w najmniejszym szczególe. Zamówiłam od razu jego dwie książki – pierwsza jest opisem ulubionych roślin („Dream Plants for the natural garden”). W recenzjach jakiś gość napisał: „to nie żadna książka, to jak zwykły katalog roślin”. Ha! czyli coś dla mnie, pomyślałam. Oudolf opisuje w niej ponad 1200 kwiatów, większość wygląda jak dzikie chwasty. Czytałam ją powolutku, szukając odpowiedników w naszych rodzimych roślinach. A potem z głową wypełnioną tymi obrazami pojechałam nad morze i tam oczy otworzyłam na to, co rosło wzdłuż drogi. Piękno. Druga pozycja: „Planting. A new perspective”, która nie jest taką zwyczajną książką o ogrodnictwie. Oudolf pisze w niej między innymi o tym, jak ważny jest kontekst, w którym rosną konkretne rośliny. Jak ważne jest światło w danej szerokości geograficznej, otoczenie i funkcje ogrodu. To mi poniekąd uświadomiło, dlaczego niektóre ogrody, choć piękne, wyglądają sztucznie.

Kilkanaście lat temu trafiłam do ogrodu polskiej malarki, Joanny Sierko-Filipowskiej i choć byłam tam tylko raz w życiu, to miejsce na zawsze zmieniło moje postrzeganie pięknego ogrodu. To właśnie tam zobaczyłam taki dziki ogród – z wysokimi wierzbówkami, liśćmi gunnery tak wielkimi, że człowiek pod nimi wyglądał jak krasnoludek, z konwaliami i zarośniętym oczkiem wodnym. Do końca życia będę mieć go przed oczami. To właśnie wtedy zrozumiałam, że jeśli kiedykolwiek będę mieć własny ogród, to właśnie taki – dziki i naturalny.

Źródło: https://oudolf.com

*****

Sukienki dla dziewczynek

Moja czteroletnia córka to fanka rzeczy typowo dziewczyńskich. Jak ubranie to tylko sukienka, do tego rajstopy, baletki albo buty różowe. Bawi się lalkami (zawsze są córkami), ogląda bajki o księżniczkach i kwiatach i nosi bransoletki. Czasem się zastanawiam, skąd się to bierze, bo na pewno nie z obserwacji matki 😀 Kiedy dostała sukienkę polskiej marki Sophiekids zapytała, czy będzie mogła w niej spać (!), a potem przez kolejne dni kiecę prałam, prasowałam, żeby mogła ją codziennie nosić. Nie mam wielu takich rzeczy, bo moje dzieci wszystko niszczą (ach te kręcone lody czekoladowe!), ale jeśli szukacie czegoś specjalnego – polecam. Przepiękne, starannie uszyte i polskie.

*****

Polskie skórzane torebki

Marta Biskupska-Wawrzyńczak założyła Studio Piel, w którym szyje torby i akcesoria skórzane ze skór pozyskiwanych ze sprzedawanych przez firmy galanteryjne odpadów, czyli odwrotnie niż tradycyjne firmy galanteryjne, które szukają skór „specjalnych, wyjątkowych, przygotowanych dla nas przez garbarnie we Włoszech”. Tu wykorzystuje się to, czego ktoś inny nie chciał, co wpisuje się w trend circular economy, która zakłada minimalizację wpływu na środowisko tworzonych produktów poprzez wybór takich technik i materiałów, które umożliwią ich powtórne wykorzystanie. Projektantka założyła, że jej produkty będą tworzone bez metalowych elementów, jednocześnie będą ponadczasowe i trwałe. Bliskie memu sercu.

*****

Lumpeksy

No cóż, jestem początkującym poszukiwaczem skarbów w lumpeksach. Szczerze mówiąc nie miałam zbyt dobrych doświadczeń, kiedy pierwsze tego typu miejsca pojawiły się w Polsce. Moja pierwsza wyprawa z koleżanką, gdzie udało się znaleźć jeden sweter z małą dziurą i bluzkę z poliestru, nie nastroiły mnie do dalszych poszukiwań. Jednak jako praktykująca fanka fotografii kulinarnej jestem w nieustannej potrzebie nowych akcesoriów do zdjęć, np. obrusów i teł. A gdzie jest najlepszy wybór? W lumpeksach właśnie. Ach te stosy babcinych, haftowanych obrusów po siedem złotych za sztukę, te miękkie, wijące się serwety po złoty osiemdziesiąt, tace, które wyglądają, jakby je myszy obskubały, ale na zdjęciu prezentują się mega dobrze. Już dosyć dawno temu instagram zaczął mi podsuwać profile dziewczyn ubranych z fantazją i pomysłem, które nie były od stóp do głów obrandowane drogimi markami z najnowszych kolekcji, a miały swój styl i potrafiły się świetnie ubrać. Vintage, vintage, vintage – pisały, kiedy ktoś pytał: „Gdzie kupione?”. Kiedy po raz kolejny okazało się, że moja nowa sukienka z sieciówki po drugim praniu wygląda beznadziejnie, postanowiłam i ja zwrócić większą uwagę na to, gdzie i na co wydaję swoje pieniądze. Odkryłam, że moje lniane polskie i litewskie sukienki mają się ciągle tak samo dobrze jak na początku, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto się trzymać sprawdzonych firm i większy wydatek z czasem się zwraca. W imię zasady – lepiej mniej, a lepszej jakości. Zaczęłam też zaglądać do lumpeksów. Nie kupuję kompulsywnie, nie przynoszę do domu ton ubrań. Nie poluję, raczej spokojnie się rozglądam. Odkryłam jednak, że jeśli uda mi się znaleźć coś, co naprawdę mi się podoba i przy okazji dobrze leży, radość jest podwójna. Tak kupiłam swój płaszcz i plecioną torbę na lato, przy okazji odkrywając urok udoskonalania toreb u kaletnika, który wymienił mi w niej uszy. Myślę dziś, że aktualne trendy są sprawą tak krótkotrwałą, że szkoda mi szastać pieniędzmi na koszyki, które rok temu były warte 12 złotych, w tym sezonie kosztują 170, a za rok wszyscy będą uważali je za passé.

*****

A oprócz tego słucham tego lata namiętnie polskiego, młodziutkiego zespołu Sonbird. Trzymam za nich kciuki.

16 komentarzy
Poprzedni