Jak wyjechać z trójką dzieci na wakacje (i nie zwariować)

Na początku czerwca buchnęli nam sprzed bloku samochód. Wieczorem stał, rano zniknął. Sześć godzin na komisariacie, a potem wieczne czekanie na odszkodowanie. A w planach były wakacje i to za trzy tygodnie, nad polskim morzem.

W ubiegłym roku też byliśmy nad morzem. Kto zabrał najmniej ubrań? Ja! Mieściły się na jednej małej półce w pokoju. Ale pogoda była barowa, a ja bez swetra i długich spodni. Pojechaliśmy więc do sklepu, kupiłam sweter i spodnie i wszystkie chłodne chwile przechodziłam w tej kreacji. Poczułam wolność. Taką prawdziwą, gdzie nic nie trzeba – nie trzeba się stroić, malować, pokazywać, suszyć i układać włosów, dobierać torebki do letniej sukienki i zastanawiać się, które perfumy na dziś. Chciałam tak znowu. Wiosna i początek lata były pełne stresu, pragnęłam wytchnienia (o ile można mówić o wytchnieniu przy trójce dzieci 😉 )

Rozważaliśmy różne możliwości, ostatecznie kupiliśmy bilety na pociąg „Słoneczny”, walizkę nadaliśmy kurierem (39,90 zł za 30 kilo), nastawiliśmy budzik na piątą rano i marszem poczłapaliśmy na dworzec. Naród przyatakował wszystkie drzwi do pociągu, ale po wejściu okazało się, że miejsc jest całkiem sporo. Pierwsze trzy godziny minęły w try miga. Były kanapki (ale nie z gotowanym jajkiem 😉 i ciasto i picie z nowych blaszanych bidonów. W czwartej godzinie dwie najmłodsze okazywały już lekkie zniecierpliwienie, ale i tak dało się przeżyć. Nikt nie płakał, nikt nie krzyczał i nie chodził współpasażerom po głowie.

Na dworcu miała na nas czekać taksówka „bus”, zamówiona dwa tygodnie wcześniej. Pięć minut przed umówioną godziną, pani z dyspozytorni zadzwoniła, że „kierowca się nie zgłosił, bo nagle się rozchorował”. Jedyny bus w korporacji, a więc spadajcie, drodzy klienci. Na szczęście na postoju stał inny bus, ze smutnym panem, który chętnie nas zawiózł na wymarzone wakacje. Udało się!

To był mój dwutygodniowy detoks od telefonu, instagrama i social mediów. Żadnego oglądania zegarków, perfum, hybrydowych lakierów i rzeczy, których na pewno nie potrzebuję. I nie chcę oglądać, nie tylko na wakacjach. Nie napiszę Wam, że kiedy lał deszcz, to my graliśmy w planszówki. Bo nie graliśmy. Zdarzało nam się oglądać bajki i seriale, a ja nawet zaliczyłam świetny hiszpański film o miłości („Nuestros Amantes”), na który mąż by się pewnie krzywił (a nie miał okazji się skrzywić, bo poszedł na integracyjne ognisko, kiedy ja zaległam na kanapie ze śpiącym bobasem u boku). Jedliśmy gofry, lody i półmetrowe zapiekanki. Tylko frytek i smażonych ryb jakoś nie, bo ten zapach odstraszał mnie w tym roku szczególnie.

Swojska chatka, Dębki
Swojska chatka, Dębki

Co roku śmieszy mnie to utyskiwanie na polskie morze. Że tłumy, że badziewie, że brak pogody, że to, że tamto. Ja kocham tam jeździć, z dala od deptaka z badziewiem i w odległości spaceru (od deptaka z badziewiem 😀 ) Może to tani sentymentalizm, ale kocham ten piasek jak mąka biały, ten las z jagodami, których nikomu nie chce się zbierać. Te gofry z bitą śmietaną, lody włoskie, pajdę chleba z plastrem twarogu i kawę parzoną jak trzeba (przez Męża, nieustraszonego baristę, który nawet pociągiem będzie wiózł wagę, młynek do kawy, aeropressa i kilo kawy). Dodam swoje dwie filiżanki, obowiązkowo ze spodkami i jesteśmy w raju. Moja Mama mówi, że zawsze chowałam się w cień, że ciągle mi było za gorąco, a z wakacji wracałam biała jak ściana, więc pewnie dlatego, „brak pogody” to dla mnie idealna pogoda, bo spaceruję w deszczu i słocie, zawsze gotowa do marszu.

Jak przetrwać z trójką dzieci na wakacjach? Zazwyczaj, im kto ma tych dzieci mniej, tym z większym przerażeniem patrzy na tych, którzy mają (aż!) troje. Nasze dzieci wciąż gadają, ale na szczęście już minął bunt trzylatka (Boże, to był bunt wszech czasów), więc dużo się bawimy, spacerujemy, bez przerwy gotujemy, zmywamy i sprzątamy. Okazuje się, że to sprzątanie tak nam weszło w krew, że nawet na wakacjach bez przerwy zamiatamy i myjemy podłogę.

Domowe pączki z Wierzchucina
Łąka

Jesień w lipcu

Nasze młode, mimo zimnego Bałtyku, kąpały się w morzu. Zwłaszcza bobas, który jak żółw ciągnął do wody bez względu na pogodę. Opalone jak dzieci PRL-u szukały żab, ślimaków i ciągle prosiły o lody włoskie „mlekowo-czekoladowe”. Nie zanotowałam parawaningu, przesadnych tłumów, disco polo, pijanej młodzieży. Tylko Toi Toia mogliby przestać się bać polscy plażowicze, bo nie jest już tak straszny, jak straszny syf zostaje po niektórych w lesie.

Wróciliśmy więc, cali i zdrowi. Do domowych pieleszy, przesyłek i listów ułożonych przez dobrą duszę, która zajmowała się naszym domem, kiedy nas nie było.

I chcemy znowu. Ale to dopiero (już) za rok.

Rytuały, zawsze i wszędzie

36 komentarzy
Poprzedni
Następny