A Ty co masz w torebce?

Niczego nie kolekcjonuję, ubrania oddaję od ręki bez większych sentymentów. Mniej więcej raz na dwa miesiące wywracam szafy do góry nogami, żeby się czegoś pozbyć, bo dochodzę do wniosku, że w domu musi być równowaga, a nadmiar przedmiotów i gadżetów mnie przytłacza. Z jednym wyjątkiem… lubię torebki i plecaki. Nie marzę jednak o nowych modelach Louis Vuitton, za to mam słabość do ręcznie robionych torebek z małych manufaktur. Zazwyczaj są to strzały amora. Wynajdowane gdzieś w małych sklepikach, które sprzedają niszowe produkty. Wchodzę, widzę i pragnę. Nie chodzę na tyle dużo (a może nie zakochuję się kompulsywnie i zbyt często), bo mam ich zaledwie kilka, ale są niezniszczalne, piękne i kiedy mi się nudzą, żongluję nimi, odkładam na chwilę, a potem wracam. Tak kupiłam jedną torbę w Japonii, a drugą w Szwecji. Zasada wyboru jest jedna: miłość od pierwszego wejrzenia i solidne wykonanie. Szkoda mi pieniędzy na coś, co mi się zaraz znudzi albo po sezonie rozwali. Dawniej nosiłam wielkie, przepastne torby, ale dziś, kiedy mam dzieci, ich rzeczy pakuję do osobnego plecaka, a swoje do swojego, choć częściej wybieram małe, ale pojemne torebki. Czasem się zastanawiam, od czego to zależy, że od jednych toreb trudno się oderwać, a inne, mimo że piękne, są przekładane z kąta w kąt. I doszłam do wniosku, że torba, tak jak wszystko, musi być po prostu dobrze zaprojektowana, skonstruowana i wykonana.

Kiedyś lubiłam kolory, być może potrafiłam się lepiej bawić modą, formą i kolorem. Dziś najchętniej idę ku naturze – w ubraniach, meblach i dodatkach. Nie bez znaczenia jest też fakt, że postanowiłam ograniczyć kupowanie i trudniej zachwycić mi się dziś „hitami sezonu”.

Kiedyś, na kiermaszu bożonarodzeniowym w szkole mojej córki, kupiłam torbę od dziewczyny, która przez wiele lat mieszkała w Szwecji. Miała czwórkę dzieci, najmłodsze powoli szły już do przedszkola, więc ona zaczęła szyć torby. Pamiętam, jak mi tłumaczyła: „z przodu kieszeń na magazyn, z boku duża kieszeń na kubek z kawą, w środku osobna na portfel, a klucze w tej z boku, żeby nie trzeba było ich szukać”. Zaimponowała mi tym, jak bardzo wszystko było przemyślane i praktyczne. Torbę mam do dziś, jeszcze chwila a stuknie jej dziesięć lat.

Pokaż mi, co jest w Twojej torebce – mówi do mnie często moja czteroletnia córka tak, jak ja kiedyś mówiłam do mojej Mamy. Zaglądanie do torebki, oglądanie dowodu osobistego, odkrywanie cukierków. Lubiłam to, choć diabli wiedzą, dlaczego. I nigdy nie robiłam tego bez zgody Mamy. Lubiłam też buszowanie w torebce Babci – minimalistycznej, jak wszystko, co lubiła ta kochana istota, minimalistka po wsze czasy.

A co noszę w torebce?

Portfel (w nim obowiązkowo bilety na tramwaj, w razie czego), telefon (czasem dodatkowo z zewnętrzną baterią), klucze, coś do pisania i czytania (i kolorowe zakreślacze, bo lubię zaznaczać fragmenty, do których wrócę w bliższej lub bardziej odległej przyszłości). Uwielbiam artykuły papiernicze, ładne kalendarze, notesy. I obowiązkowo pióro wieczne. Kubek termiczny z herbatą albo kawą, rozkładaną torbę na zakupy albo cienki ortalionowy plecak, który można złożyć do rozmiaru paczki chusteczek higienicznych (na zdjęciu obok kubka termicznego), dzięki czemu nie muszę brać foliówek w sklepie. Zdarza mi się nosić jakieś kamyki, rośliny, które służą mi za zakładkę do książki. I aparat. Mam go właściwie zawsze przy sobie. Można więc powiedzieć, że chodzę na co dzień dość obładowana 😉 Mąż mnie zawsze pyta: czy Ty naprawdę musisz brać ze sobą wszędzie ten termos? Tak! Jestem wielką fanką kubków termicznych i umiem je upchnąć niemal wszędzie. Od kiedy sięgam pamięcią, nigdy nie wyszłam z domu bez czegoś do czytania. W zależności od nastroju wychodzę z tym, co akurat mi pasuje. Ostatnio zapragnęłam znów wrócić do poezji z dawnych czasów. To zawsze pomagało mi uporządkować myśli i skierować je na odpowiednie tory. A poza tym zawsze mam stos książek do przeczytania – ostatnio zaczęłam „Nowych Londyńczyków” Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego  (to wydawnictwo to moje najnowsze odkrycie podczas buszowania w księgarni podróżniczej. Wydają naprawdę fantastyczne książki, a mnie interesują szczególnie te z serii Mundus). W torebce mam też zawsze błyszczyki, które moje córki regularnie podkradają, ech.

A jakie torby Wy lubicie? Sezonowe czy takie „na zawsze”?

Moja najnowsza, mała torebka, przyjechała z Krakowa i jest marki Levelbags. Najpierw kupiłam plecak, a potem wróciłam jeszcze po coś mniejszego. No i cóż, kocham ją. Da się ją naprawdę solidnie zapakować.

32 komentarze
Poprzedni
Następny