Książki, które przeczytałam w maju

Pojawienie się w moim życiu małych dzieci zmieniło mój sposób czytania książek. Dziś czytam po kilka książek jednocześnie. Kiedy zdarza mi się obudzić rano przed wszystkimi i wiem, że już nie zasnę, sięgam po coś, co wymaga skupienia i pełnego zaangażowania. Co innego czytam podczas spacerów, rozproszona gwarem dnia. Wieczory to czas, kiedy bywam tak zmęczona, że potrzebuję czegoś ultra lekkiego. Czytuję dużo bardzo mądrych książek, ale sięgam też po pozycje, na które niektórzy kręcą nosem, mówiąc szkoda mi czasu na takie coś. Cóż, mi nie szkoda czasu. Czytam nałogowo i namiętnie, a ponieważ ostatnio zafundowałam sobie detoks od większości prasy (a kupowałam jej naprawdę dużo), książki są czymś, co konsumuję każdego dnia.

Przedstawiam Wam dziś kilka książek, które przeczytałam niedawno. Lżejszego i cięższego kalibru.

*****

„Gastrofizyka” Charles Spence

Genialna książka. Zaczęłam ją czytać… w wannie (to jedyne miejsce w moim domu, gdzie mam względny spokój). Charles Spence jest profesorem na Uniwersytecie Oxfordzkim, gdzie prowadzi badania nad tym, w jaki sposób nasz mózg przetwarza informacje, które docierają do niego od wszystkich narządów zmysłów. Ale nie jest tylko teoretykiem zamkniętym w laboratorium, czytającym naukowe opracowania. Wiele lat spędził doradzając takim firmom jak Unilever, PepsiCo czy Nestle, a rady te dotyczyły np. opakowań, kreowania marek, projektowania polisensorycznego (bardzo, bardzo ciekawa dziedzina nauki!), współpracował też z Hestonem Blumenthalem i Feranem Adrią.

Czy zastanawialiście się kiedyś na przykład, dlaczego reklamy jedzenia, w których z kawałka pizzy spływa ciepły ser sprawiają, że jesteśmy głodni? Nawet, jeśli przed chwilą jedliśmy kolację? A wiecie, że firmy produkujące chipsy pracują nad tym, żeby chrupały one tak, byśmy chcieli ich jeść jak najwięcej? Że patrząc na opakowanie napoju w naszej głowie jest projekcja tego, jak on smakuje? (nawet jeśli nie piliśmy go nigdy wcześniej). A o tym, że jeśli podczas badań ludziom powie się, że wino, które właśnie piją, jest bardzo drogie, stwierdzą oni, że jest znacznie lepsze od tego taniego (które np pili dzień wcześniej, a było ono dokładnie tym samym winem)? Że z czerwonych talerzy jedzenie smakuje nam gorzej niż z białych? Że za ładnie ułożoną sałatkę ludzie są w stanie zapłacić dużo więcej niż za tę samą ułożoną byle jak?

Może nam się to podobać lub nie, ale świat się zmienia. Manipuluje się naszymi zmysłami, pragnieniami, upodobaniami wykorzystując do tego wiedzę i badania naukowe, a my, cóż, jesteśmy tylko ludźmi. Być może więc lektura tej książki pozwoli Wam spojrzeć na te zjawiska trochę z boku, zrozumieć je i wykorzystać we własnej kuchni lub przy okazji kolejnych zakupów w spożywczaku (dlaczego akurat chcę kupić TEN napój), a ja w końcu zrozumiem, dlaczego tak bardzo nie cierpię jeść z kwadratowych talerzy 😉

*****

Shinrin Yoku. Japońska sztuka czerpania mocy z przyrody.

Zacznę może od tego, że jestem już solidnie zmęczona różnymi poradnikami. Zdarza mi się je dostawać i niektóre są tak abstrakcyjne, że zastawiam się, po co są wydawane. Potem dochodzę do wniosku, że nie jestem być może ich adresatem. I tego się trzymam. Zdarzają się jednak małe perełki. Książki, które otwieram, przeglądam i w które wpadam. Takie, które zostawiają po sobie coś. Kiedy przeczytałam na okładce o „kąpielach leśnych” skrzywiłam się z przekąsem. Czy to będzie książka o tym, że warto chodzić do lasu?

„W Hongkongu brakuje miejsca, zatem niebagatelny wzrost cen spowodował, że zaczęto sprzedawać mieszkania o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych znajdujące się w zaadoptowanych betonowych rurach. Za przystępną cenę piętnastu tysięcy euro – to mniej, niż kosztuje samochód, zachwala projektodawca – możesz zamieszkać w rurze długiej na pięć metrów, szerokiej na dwa i wysokiej także na dwa metry. Ściśnięty jak w statku kosmicznym lokator uzbraja tę twierdzę w wersalkę, mikroskopijną łazienkę z prysznicem i mini-atrapę kuchni. Z obu stron rury znajdują się szklane drzwi wejściowe i wyjściowe.”

„Ogromna część ludności miasta ledwie widuje słońce i czuje podmuch świeżego powietrza na policzku. Ludzie ci mogą najwyżej pobyć na zewnątrz przez parę minut, kiedy pokonują pieszo drogę z domu do metra, na parking czy najbliższą stację, a i tak przemykają między budynkami, które sprawiają, że czują się jak szczury w labiryncie. (…) Istota ludzka nie została stworzona po to, by żyć jak szczur w kanałach. Podobnie jak większość zwierząt należymy do środowiska naturalnego i aby zachować równowagę, musimy oddychać czystym powietrzem, czuć urodzajną glebę pod stopami i przechadzać się między majestatycznymi drzewami. (…) O tym mówi shinrin-yoku.”

Ta niezwykła mała książeczka opowiada między innymi o samotności w mieście – taki paradoks – im więcej ludzi, tym większa samotność i izolacja społeczna. Mówi o pięciu niebieskich strefach (północ Okinawy, prowincje Nuoro i Ogliastra na Sardynii, Loma Linda w Kaliforni, Półwysep Nicoya w Kostaryce, Ikaria w Grecji), w których jest najwięcej stulatków na świecie. To opowieść o Buddzie, wschodnich przypowieściach i Tao, ale też o Celtach i Drzewie Życia.

Czy wiecie co to fitoncydy? To odkryte w 1928 roku przez biologa Borysa Tokina trucizny występujące w roślinach. Zawiera je np czosnek czy cebula. Jak działają na człowieka fitoncydy zawarte w drzewach?

Teoretycznie wszystko już wiemy: warto od czasu do czasu porzucić miasto na rzecz natury, wyjechać gdzieś, żeby podładować akumulatory. Z tej książki dowiemy się, dlaczego. Do tego przypowieści, legendy i historie z Japonii. Jest też rozdział poświęcony roślinom domowym i olejkom roślinnym do aromaterapii, a także o… herbacie. Do poczytania dla przyjemności i refleksji.

*****

Książki do pociągu: Jojo Moyes „Moje serce w dwóch światach”.

Od kiedy mam małe dzieci, do zestawu książek, które czytam, dołączyła jeszcze jedna kategoria, którą nazywam „książkami do pociągu” 😉 To lektury, po które sięgam, kiedy nie mam siły na nic innego. Kiedy potrzebuję lekkiej rozrywki, żeby się oderwać od rzeczywistości. To książki, które w każdej chwili można odłożyć na później, poczytać je na spacerze albo w pociągu właśnie. W dawnych czasach czytałam takich książek dużo więcej, ale później przyszedł czas na pozycje cięższego kalibru. Książek cięższego kalibru nadal czytam najwięcej, ale prawda jest taka, że sięganie po nie przed snem nie jest najlepszym pomysłem. Książki Jojo Moyes widywałam wcześniej na Instagramie, ale „Moje serce w dwóch światach” jest pierwszą, którą przeczytałam. Co tu dużo pisać, jest to po prostu książka o miłości. Historia dziewczyny z Anglii, która po śmierci chłopaka, postanawia wyjechać do Stanów w charakterze osoby do towarzystwa. Jeszcze nie wie, do kogo jedzie. Na miejscu zostawia nowego chłopaka, a sama wyrusza za ocean, do Nowego Jorku.

Lubię książki pisane przez kobiety w średnim wieku 🙂 Wiem, że niepoprawne politycznie jest powiedzenie „literatura kobieca” i „napisane przez kobietę”, ale cóż, wychowałam się w czasach, kiedy takie określenia były w porządku i są sytuacje, kiedy po takie książki mam ochotę sięgnąć. Bywa, że pisane przez pryzmat własnych doświadczeń, działają na czytelniczki terapeutycznie. Lubię też lektury, które przenoszą mnie do zupełnie innego świata, jak tu, do Nowego Jorku, gdzie mam okazję zobaczyć, jak wygląda życie emigrantki z Polski, która wyszła za mąż za bogacza (nie, to nie o głównej bohaterce mowa). Dylematy, smutki i radości bogaczy, miłość na odległość i Nowy Jork w tle. Czyta się bardzo dobrze, język wartki, podobnie jak akcja. Polecam na wakacje.

*****

„Ciastecznik” Daniel Coceancig

Niech Was nie zmyli obcobrzmiące nazwisko autora. Daniel był uczestnikiem polskiej edycji Bake Off – Ale Ciacho!, a na co dzień prowadzi blog ciastecznik.pl, gdzie dzieli się swoimi pomysłami na wypieki. To jego pierwsza książka, która przypadnie do gustu tym, którzy lubią desery sezonowe i bezpretensjonalne.

Na początek ciasta podstawowe: kruche, francuskie, muffinki, biszkopt, parzone. Później przepisy na wypieki sezonowe z owocami: tort truskawkowo-cytrynowy, makaroniki poziomkowe, kruche pierogi z morelami (z serkiem mascarpone), brownie z wiśniami. Są tu lody pistacjowe (z przepisem na pastę), ciasta drożdżowe, czy bardziej skomplikowane przepisy, jak ten na tropikalny tort musowy z polewą. W sumie ponad 50 różnych receptur.

W epoce przepisów przekombinowanych to miła odmiana: przepisy z cukrem, masłem, czekoladą. Dla tradycjonalistów, ale też ci, którzy szukają ciast bardziej fantazyjnych, również znajdą tu coś dla siebie (np. babeczki Rocher inspirowane pralinkami, sernik na zimno z ryżem preparowanym, batony kokosowe z musli, ptysie z kremem pistacjowym, tarta truskawkowa z kremem Earl Grey).

Każde ciasto ma informację o stopniu trudności i liczbie porcji. Proste zdjęcia, dobre opisy i czytelna czcionka (co dla mnie ważne, a dla wydawców nie zawsze oczywiste;)

A z ciekawostek – Daniel jest bankowcem, który od dziesięciu lat pracuje w banku, a wypieki i blog to jego hobby.

6
Previous Post
Next Post