Działka w maju

Kiedy byłam dzieckiem, w szafie mojej babci, pod stertą wykrochmalonej pościeli, znalazłam tom „Działka moje hobby”. Ukryta tam pewnie po to, by się nie zniszczyła. Były wakacje, a ja przeczytałam już wszystkie dostępne książki, więc pewnie trochę z nudów, zaczęłam ją przeglądać. Czytałam o chorobach drzew i stawianiu działkowych altan. O wysiewie pomidorów, rozsadach i walce z kretami. Dziś, kiedy patrzę na moją 14-letnią córkę, trudno mi sobie wyobrazić, że czyta podobną książkę.

Babcia śmiała się czasem, że zostanę żoną rolnika, będziemy mieć piękne pole, a ja będę uprawiać ogród. W głowie mojej Babci wspomnienia wojny były świeże i żywe jak dopiero co zadane rany, więc rolnik, pole, ogród i zwierzęta oznaczały dobrobyt i wystarczająco dużo jedzenia, by być szczęśliwym.

Nie wyszłam za mąż za rolnika, zawsze byłam miejską dziewczyną, zakochaną w starych kamienicach, kawiarniach i lokalnych targach. Marzenia o wyprowadzce na wieś kiełkowały we mnie od czasu do czasu. Jak wiosenna trawa, która potem zamiera na zimę.

Dziś myślę, że czasem wystarczą drobne, małe zmiany, żebym poczuła się usatysfakcjonowana i szczęśliwa. Człowiek marzy o posiadłości w Toskanii, bo przeczytał „Pod słońcem Toskanii” Frances Mayes (nawiasem mówiąc wciąż całym sercem kocham tę książkę), oczami wyobraźni widząc siebie w tym miejscu i całą resztę w samych superlatywach. A potem chce choćby ogrodu, koniecznie dużego.

Na początek trafił mi się niewielki, przydomowy, miejski ogródek. Mogłam zrobić, co chciałam. Zaczęłam od zdjęcia z półek wszystkich ogrodniczych książek, ze szczególnym naciskiem na te o ogrodach angielskich. Myślałam, że wystarczy zrobić zakupy, potem to posadzić, podlewać i czekać na efekty. Ale róże chorowały jak szalone, trawnik wysychał, piwonie nie kwitły, a klony japońskie były kapryśne i przemarzały. To była nauka pokory. Chyba ze wszystkim tak jest – trzeba rzeczy robić po kolei, na przygotowanym wcześniej gruncie. Czy to chleb czy ogród – nie da się zrobić byle jak i pójść na skróty.

Kiedy dwa lata temu kupiłam działkę , miałam już w sobie wiele pokory. Miałam marzenia i pomysły, ale wiedziałam, że przed nami dużo pracy i nauki i że nie wszystko przyjdzie od razu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Działka była zaniedbana – wtedy patrzyłam na nią okiem laika i wydawała mi się magicznym ogrodem. Ha! Miłość jest ślepa. Oczywiście można zatrudnić firmę, która zrobi wszystko tak, jak chcemy, ale dla mnie od początku było jasne, że nie chcę żadnej firmy. Chciałam się zmęczyć, wkurzyć, potknąć, a potem wyciągnąć wnioski, zrobić lepiej i dostać nagrodę. Mniej więcej w tej kolejności.

Pierwszy rok był… ciężki. Bywało, że mieliśmy niezapowiedzianych gości – często elegancko ubranych, w drodze na wystawę do galerii. Wpadali na herbatę, a tu my, umorusani, potargani, ja w skąd ty wzięłaś te spodnie?! (to mój tata). Czasem ktoś deklarował, że chętnie wpadnie, żeby popielić. Ale „popielić’ to w tym pierwszym roku oznaczało skopać łopatą kawałek po kawałku, a potem na kolanach wyciągać z ziemi każdy mały korzonek. Przekopać, wyrównać, wywieźć taczką, grabić, a na końcu… odpocząć patrząc na to wszystko i myśląc, „Boże, ile tu jest jeszcze do zrobienia”.

W drugim sezonie było trochę spokojniej, bo byłam mamą niemowlaka i nie mogłam tak szaleć z łopatą, bo dziecko chciało być blisko mamy. Latem i jesienią znowu się rozkręciłam.

Teraz jest sezon numer trzy. Wiosenna aura jest wyjątkowo łaskawa w tym roku, więc nim cokolwiek zdążyło się w ziemi zadziać, stałam w bramie i cieszyłam się jak dziecko.

Kocham to miejsce całym sercem. Kiedy oglądam pierwsze zdjęcia, które tu zrobiłam, widzę ilość pracy, jaką wykonaliśmy (a i tak wciąż jest tyle do zrobienia). Dopiero z czasem zrozumiałam, jak zaniedbane było miejsce, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia i ile musieliśmy się nauczyć. Cieszę się, że moje dzieci mogą tu obserwować cykl przyrody. Pąki na drzewach owocowych, z których powoli wyłaniają się owoce, budki dla ptaków, które w tamtym roku miały lokatorów (i w tym też!), hotel dla owadów (czekamy na pszczoły murarki). Lubię tu przychodzić w tygodniu, żeby popracować w spokoju. Potrzebowaliśmy czasu, żeby wtopić się w działkową społeczność i dziś zaglądają do nas inni, sporo od nas starsi, działkowcy. Przez cały tydzień coś tu się dzieje, ludzie pielą, kopią, odpoczywają. Jest cicho, tylko w oddali odgłosy ulicy i samochodów pędzących przez miasto.

Po pierwszym sezonie marzenia o angielskim ogrodzie w środku Warszawy powoli stygły. Delikatne rośliny przemarzły, hosty padły łupem ślimaków, a argentyńskie werbeny wyparowały. Wtedy zaczęłam przyglądać się innym działkom i temu, co na nich rośnie. Bo ogród to nie tylko bujna wiosna. Kiedy moje rośliny przekwitły, inni ogrodnicy mieli kwiaty jesieni w pełnej okazałości. Więc powoli idę ich śladem. Kupuję floksy, goździki, malwy i ostróżki. Cieszę się własnym bzem, który mogę ścinać do woli i czekam na jaśmin, który zawsze kwitnie bujnie i okazale.

Kiedy zaczęliśmy tu urzędować, nasza działka była otoczona wysokim, starym żywopłotem, który chylił się ku ziemi. Powoli zamierał, wysychał, wyglądał, delikatnie mówiąc, nieciekawie. Walczyłam o niego, chciałam się odgradzać od świata. Kiedy teraz o tym myślę, chce mi się śmiać… Jesteśmy przyzwyczajeni do odgradzania się od świata murem, żywopłotem, wysoką bramą. Bo przecież nasze miejskie podwórka malutkie jak chusteczki, ale odseparowane od reszty. Musieliśmy zlikwidować żywopłot, a ja na jego miejsce posadziłam nowe, lżejsze rośliny, które dały mi oddech. Ludzie zaglądają przez nasz płot, a ja myślę sobie: no i co z tego?

Jeśli zastanawiacie się nad kupieniem albo zaopiekowaniem się miejską działką – zachęcam Was do tego z całego serca.

 

24
Previous Post
Next Post