Zima w warszawskim Bullerbyn

Zapach frezji mnie otula, choć przychodzi niewiadomo skąd, bo w pokoju nie ma frezji. Może to włosy mojej córki, świeżo umyte i wysuszone chłodnym podmuchem suszarki. Wtulam w nie twarz, zamykam oczy i próbuję zasnąć, ale obrazy rzeczywistości trzymają mój umysł w niegasnącej gotowości.

Polityka, reklamy, kolorowe obrazki oderwane od rzeczywistości, zimowa szaruga, klasówki, przeziębienia, ZUS, rachunki do zapłacenia. Z tego miszmaszu układam w głowie plany działania. Wrzucam wszystko do wielkiego durszlaka i oddzielam sprawy dużej wagi od drobnych, znaczących niewiele albo wcale. Dobrze wiem, co jest ważne, choć czasem próbuję zaklinać rzeczywistość ot tak.

Czasem są takie dni ciężkiego kalibru, dzieci marudzą, pracy jest za dużo albo za mało i wypatruję wtedy wieczora. Żeby się w spokoju pomartwić albo (zdecydowanie cześciej) opracować plan działania. Ale kiedy w końcu usną moje małe Potwory, jestem tak zmęczona, że nawet nie mam siły w spokoju się pomartwić. Chciałabym powiedzieć, że śpię wtedy kamiennym snem (ha! Marzycielka), ale będę przecież budzona w nocy osiem razy na karmienie.

Chciałabym czasem ponarzekać na swój los, ale prawda jest taka, że kocham nad życie te moje małe marudy, że przeżywam ich dzieciństwo tak, jakby jutra miało nie być. „Zatrzymać czas” „nacieszyć się tym tu i teraz”. „Och, pewnie gdyby nie dzieci, odpoczywałabym teraz w spa/siedziała w samolocie do…/rozwijała zawodowe skrzydła”.

Hmn, czyżby? Nie wiem, nie sądzę, nie chcę wiedzieć. Jest dobrze tak, jak jest.

Kiedyś myślałam, że kiedy dzieci jest więcej niż jedno, trzeba z nimi działać w grupie, jak w drużynie. Dziś widzę wyraźnie, jak każda z moich córek potrzebuje mnie czasem na wyłączność. Skupiona dotychczas najbardziej na najmłodszym bobasie, w końcu mogę trochę więcej uwagi oddać pozostałym.

Zabieram Średnią i jedziemy na przegląd do dentysty. Dzika i hałaśliwa w domu, w samochodzie zamienia się w potulną i kochaną dziewczynkę, chętną do rozmowy na wszystkie ważne dla siebie tematy. Po wizycie pytam, czy chce pojechać na zakupy tylko Ty i ja, po sukienkę dla Ciebie, chcesz? TAAAAAK! Rozlega się głośno, a ona skacze i jest taka szczęśliwa. Uświadamiam sobie, że ostatni raz, na zakupach, tylko ona i ja, było tak dawno, że żadna z nas tego nie pamięta. Wybieramy w sklepie sukienkę, piżamę, torebkę koniecznie z Elzą, bluzki koniecznie różowe i z kotkami. Jest taka szczęśliwa, a nie ma jeszcze czterech lat. Jemy lody, pijemy kawę, cieszymy się tu i teraz. Tylko ona i ja, moja malutka laleczka.

Po powrocie do domu chce przedłużyć ten stan uwagi i domaga się czytania przed snem jeszcze i jeszcze i jeszcze raz. Czytam dziesięć, dwanaście razy tę samą historię o paluszkach, które przed snem zamieniały się w wyspy, słodycze albo dzikie ptaki. Zasypia. Pada, chrapie.

Czasem się zastanawiam, jak to będzie kiedyś, kiedy wszystkie wyfruną z domu, jak dzikie ptaki. Dziś próbuję im pomóc hodować skrzydła, bywa trudno, bo bycie surową i wymagającą często nie idzie w parze z wolnością, jaką im daję. Bo nie są moją własnością. Nigdy nie były i nigdy nie będą. Moja natura, mimo wszystko łagodna i tolerancyjna, która wszystkich tłumaczy i wszystkim wybacza, czasem jest wystawiana na próbę. Uczę się każdego dnia. I choć tak często dostaję maile, w których ktoś prosi o radę, argumentując Zwracam się do Ciebie, bo myślę, że jako matka trzech córek, doradzisz mi najlepiej. Ha! Chciałabym, ale im dłużej jestem mamą, tym mniej kategorycznie myślę i mówię. Patrzę, uczę się, słucham i przede wszystkim kocham.

 

28 komentarzy
Poprzedni
Następny