Warszawa – moje ulubione kawiarnie

Dosyć dawno nie pisałam o ulubionych miejscach, a ten temat co jakiś czas przewija się w mailach. Nadrabiam więc zaległości i dzielę się z Wami moimi ulubionymi miejscówkami. Nie chodzę tyle, ile bym chciała, ze względu na małe dzieci, ale staram się odwiedzać regularnie miejsca, w których przebywanie sprawia mi przyjemność. Nie lubię pisać recenzji restauracji (i nie lubię ich czytać), więc będzie ogólnie.

  1. Palmier, ul. Żurawia
    To miejsce pokochałam najpierw za… światło, które sączy się przez wielkie okna. To światło-samograj, gdzie każde zdjęcie pięknie wychodzi. Lubię w Palmierze wszystko, począwszy od wnętrza, przez miłą obsługę, na naleśnikach Crepes Suzette kończąc. Gdybym miała więcej czasu, spędzałabym go właśnie tutaj.
  2. Lukullus, ul. Francuska/róg Walecznych, Saska Kępa
    Wprawdzie flagową cukiernią i oczkiem w głowie jest ich lokal na Chmielnej (bardzo piękny, przyznaję), to moje serce najchętniej spędza czas właśnie na Francuskiej. Bez względu na to, co inni mają do powiedzenia na temat ich ciastek, dla mnie są one po prostu najlepsze. Niestety nie udało mi się spróbować wszystkich, gdyż zawsze MUSZĘ zjeść ich napoleonkę i ciastko karmelowe ze śliwką dla dorosłych. Biorę więc na wynos… napoleonkę. Jestem uzależniona od tych ciastek, zdarza mi się zadzwonić do cukierni i je zarezerwować. Znam właścicieli, szanuję ich i lubię. Są pasjonatami, są wykształceni w temacie cukiernictwa i nie są pazerni („więcej i więcej lokali, jak największa sprzedaż, może franczyza, może wysyłanie ciastek rakietą kosmiczną”). Jacek powiedział mi kiedyś, że najchętniej miałby tylko jedną cukiernię. I to dało mi do myślenia. Ciastka są piękne, kawa jest świetnie zaparzona i miejsce jest starannie i gustownie zaprojektowane. Do tego zawsze fachowa i miła obsługa. Polecam zawsze. Moje ulubione, oprócz napoleonek to ptysie (ach ten karmelowy), małe kruche ciasteczka, croissanty, serniki. I cappuccino.
  3. Qchnia Artystyczna, Zamek Ujazdowski
    Tak, wiem, że drogo. Ale warto choćby na kawę i żeby pogapić się na rozciągający się z tarasu widok na Agrykolę. I dla tych wnętrz surowych, które Marta Gessler co chwilę trochę zmienia, umaja, ukwieca. Moje ulubione miejsce od (tak, tak) już 20 lat. Chodziłam tam na pierwsze randki, wtedy jeszcze na kawę „trójkową” z adwokatem i kruche ze śliwkami, migdałami i gałką lodów waniliowych. I na zupy, które wtedy nazywały się „misami”. Moja ulubiona to była zawsze misa krem ziemniaczany z wędzonym łososiem. Wszystko jest tu pięknie podane, a niektóre osoby z obsługi pracują tu od początku.
  4. Charlotte Menora, plac Grzybowski
    Phi, Charlotte! A niech sobie kręcą nosem ci, którym nie pasuje. Ja tam lubię to miejsce, tę długą ladę z chlebami i ciastkami, chałkami błyszczącymi, nie zawsze przytomnymi kelnerami. Wybaczam wszystko. Lubię tutaj śniadania, lubię marmurowe stoliki i to wnętrze.
  5. Cafe Bristol, Hotel Bristol
    „Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla kup mi luby!”. Ja bym to sparafrazowała i zamiast krokodyla poprosiłabym o Cafe Bristol. Kocham to wnętrze (ciastka może mniej, ale akurat tutaj to dla mnie mało ważne), bo przypomina mi świat, który już nie istnieje. Opowieści o przedwojennej Warszawie, debaty intelektualistów z papieroskiem nad filiżanką mocnej kawy. Nie chodzę tam teraz zbyt często, bo moje dzieci jeszcze są w fazie przepoczwarzania się w klientów gastronomii;) Chętnie wyskakuję tam za to na randkę z mężem i pogaduchy z koleżanką.
  6. Relaks, ul. Dąbrowskiego
    Miejsce umiłowane od pięciu lat. Kiedy przez pewien czas mieszkałam na Górnym Mokotowie, bywałam tam codziennie, pewnie jak większość okolicznych mieszkańców. Relaks przypomina mi kiosk przy remizie strażackiej na Podlasiu (ale uwaga! W pozytywnym znaczeniu tego słowa :))), gdzie spędzałam w dzieciństwie wakacje. Ten kiosk był przytulny, sprzedawano w nim oranżadę i gazety oraz drewniane zabawki, a ja uwielbiałam w nim przebywać. I kiedy weszłam po raz pierwszy do Relaksu miałam właśnie to skojarzenie. Czasem ktoś marudzi, że obsługa tam taka czy owaka, że ktoś kogoś pouczył albo na coś odburknął. Ja nie mam takich złych doświadczeń, zawsze dostałam to, co chciałam. Nie jem tu, przychodzę na kawę i lemoniadę.
  7. Będę później, Słupecka/Ochota
    To chyba najmłodsze miejsce w moim zestawieniu. Ma kilka miesięcy i jest nieopodal domu, w którym mieszkam. Mam więc blisko. To, co jest urzekające to przede wszystkim fakt, że człowiek czuje się tu mile widziany. Że jak zrobią lemoniadę, to ma ona i jeżynki, i listki, i kostki lodu i widać i czuć, że ktoś zrobił to z sercem, bez łaski, że mu się chciało. A raczej JEJ, bo właścicielka to kobieta, ma na imię Jana. Jak chcesz herbatę, to powie, że może Ci pokazać, jakie ma (a ma ponad 40). Można tu zjeść najlepszego w Warszawie pączka z Górczewskiej albo kawał (kawał, bo trudno to nazwać porcją) tortu bezowego, który śni się później po nocach. Jak przyjdziesz z dzieckiem, to je ponosi i ulula. Pewnie jakby się człowiek chciał wypłakać to też by przytuliła do serca. Kiedyś przyszłam z koleżanką i nagle wszedł do herbaciarni starszy pan, który zasiadł za pianinem i grał dobre pół godziny. Grał pięknie, dodam.

To na razie tyle. Jest więcej, ale to może innego dnia, przy okazji:)

22 komentarze
Poprzedni
Następny