Był most, a za mostem kładka (lemoniada miętowo-cytrynowa)

Był most, za mostem kładka, za kładką staw otulony płaczącymi wierzbami. Bałam się burzy, kiedy zaczynało błyskać, szybko do domu, wszystkie okna pozamykane, wyłączony telewizor, zasłonięte okna. Bałam się piorunów, te kuliste śniły mi się po nocach. Czasem wyglądałam przez zaparowane szyby: bywało, że piorun uderzył w staw. Och, jak dobrze, że to nie ja tam pływam, na jakiejś łódce, niedużej tratwie.

W lipcowe dni albo tak na przełomie lipca i sierpnia, wędrowałam z przyjaciółką nad staw, bo czasem tuż obok, w miejskim ośrodku kultury organizowali dyskoteki. Przyjaciółka była najmłodsza z trójki rodzeństwa. Jej dwaj starsi bracia strzegli jej bardziej niż oka w głowie. „Gówniary do domu!” pohukiwał za każdym razem, kiedy nas widział. Chowałyśmy się więc gdzieś w ciemnościach dyskoteki, w jej czeluściach i zakamarkach. Nastoletnie miłości, jak masz na imię i czy mogę cię zaprosić na spacer. Nie, nie i jeszcze raz nie. Absolutnie, daj mi spokój. Ale dlaczego, w nim kochają się wszystkie dziewczyny, on studiuje w dużym mieście i tylko czasem wraca do rodziców na wakacje. Ale ja mam piętnaście lat i jestem za młoda na randki. Koniec i kropka. Chodziłyśmy wieczorem po chleb do piekarni. Gorące bochenki, spękana skórka i piekarze, którzy znali przyjaciółkę od dziecka. Byłam tak podekscytowana tymi wakacjami, tą atmosferą niemiejską, że zdarzało mi się w drodze do domu obskubać cały chleb. Jej mama kazała więc od jutra kupować dwa bochenki. Garściami zrywałyśmy czereśnie w sadzie, czarne jak czekolada. I tylko kiedy deszcz zacinał albo właśnie jakaś burza hulała nad stawem, siadywałyśmy w domu, najczęściej nad paznokciami, manikiurami, maseczkami z płatków owsianych i omawiałyśmy ważne sprawy życiowe.

Nie ma już dziś takich wakacji. Choć może miałam ich namiastkę, kiedy pojechaliśmy nad polskie morze, choć pisali i mówili, że będzie deszcz, będzie wiało, będzie zimno. Trudno, najwyżej wrócimy. Ale po drugim dniu, opatulona wszystkimi ubraniami, kupiłam sweter za trzydzieści złotych, gruby i za duży o cztery rozmiary. Przestałam się malować, bo to nie miało najmniejszego sensu. Wyszło słońce, a my objadaliśmy się goframi z owocami na bogato. I choć wstawałam o piątej rano (bo obok dziecko, które patrzy wyspanymi oczami), to pierwszy raz od dawna czułam, że wypoczywam. Interesowało mnie tylko to, żeby mieć pół bochenka świeżego chleba, wędzonego trewala, który wyjeżdżał z wędzarni punkt osiemnasta. Facet obok dopytywał naszych gospodarzy gdzie tu można kupić prosecco? A ty tak serio, zapytałam. Roześmiał się tylko. Odłożył telefon, popatrzył w siną dal. A więc miałam w tym roku wakacje jak kiedyś. Tylko tym razem to ja byłam dorosła i miałam dzieci. Ale ciepły sweter, bose stopy w klapkach na deszczu, grząska droga do sklepu i lody były takie jak kiedyś.

Dla mnie tegoroczne wakacje już się skończyły. Praca, praca, nowe pomysły na jesień. W wakacje intensywnie pracuję nad tym, co wychodzi na światło dzienne, a może jesienne i zimowe kilka miesięcy później. Pracujemy więc, próbując w miarę normalnie funkcjonować w te dzikie upały. A na upały litry wody i lemoniady 🙂

Lemoniada cytrynowa z miętą

Na 1 litr lemoniady.

Składniki

  • 4 średnie cytryny
  • 4 łyżki brązowego cukru
  • kilka gałązek mięty
  • woda sodowa (gazowana)
  • lód

Przepis

  1. Rozpuścić cukier w gorącej wodzie (bo łatwiej się rozpuszcza).
  2. Dodać sok z cytryn.
  3. Nalać wody i włożyć miętę i lód i wymieszać.

Jeśli ktoś woli słodszą, bądź bardziej kwaśną, to należy zmienić proporcję cukru i cytryn.

20 komentarzy
Poprzedni
Następny