Posprzątaj ten śmietnik

„Posprzątaj ten śmietnik” mówiła Mama, kiedy na moim biurku piętrzyły się stosy rzeczy. Książki, książeczki, karteczki i karteluszki. Wszystko było mi potrzebne. Absolutnie. Chomikowałam listy, wycinki z gazet, przepisy, pocztówki. W papierowych teczkach, potem segregatorach. Kochałam książki, gazety i magazyny. Najlepszy prezent dla mnie? Książka. Najlepsza rozrywka – magazyny z całego świata, jak nie do czytania, to chociaż do oglądania. Kiedy dorosłam, myślałam przez długi czas, że potrzebna mi jest do szczęścia każda informacja. Każda książka, każdy wywiad, zdjęcie, historia. Karmiłam się wszystkim, wszystko mogło się przydać. Traktowałam to w kategoriach doświadczenia. Jak nauka w szkole kompletnie nieprzydatnych przedmiotów, bo „niewiadomo co i kiedy ci się przyda”. Guzik prawda. Matematyczne macierze nigdy mi się nie przydały, a cierpiałam nad nimi jak nikt. Wkraczałam w dorosłość w czasach przemiany: nagle zaczęły się pojawiać rzeczy, których wcześniej nie było. Książki zaczęły wypełniać półki w księgarniach, w których wcześniej panowała senna atmosfera, kiedy niemal codziennie przychodziłam pytać się: „Dzień dobry, czy jest coś nowego”. Jako dziecko PRL-u wiedziałam, jak ważne jest szanować to, co się ma. Że nie wolno gubić książek z wypożyczalni ani ich przetrzymywać. Że trzeba oddawać książki pożyczone od kogoś. I na wszelki wypadek podpisywać własne, bo niewiadomo kiedy komuś przyjdzie do głowy wziąć od nas i zapomnieć oddać. Rzeczy miały wartość, bo nie można ich było kupić znowu. Nakład się wyczerpał i niewiadomo kiedy teraz się pojawi kolejny. O ile w ogóle.

Kiedy poszłam do pierwszej pracy, od razu zarabiałam sporo (jak na moje wyobrażenia „dużej pensji” – wiadomo, że dla jednego sporo, dla innego „phi, śmiechu warte”). Na tyle dużo, że dziwiłam się, że ktoś jest w stanie zapłacić tyle za moją pracę. Byłam młoda, miałam dwadzieścia lat. Nagle mogłam sobie kupić dowolną liczbę książek i gazet, ogarniałam wszystkie nowości. Potem nagle wszystko przyspieszyło i wydawnictwa zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu. I nastąpił deszcz książek, ulewa nawet. Niekończąca się. Książki lepsze i gorsze. Wspaniałe i beznadziejne. Pamiętam serie książek psychologicznych wydawane przez Santorskiego. Wszyscy zaczytywaliśmy się w „Toksycznych rodzicach” obarczając naszych starych winą za nasze wszystkie bolączki. Taka była moda.

Lubię czytać. Bardzo. Jest to jedna z największych przyjemności, jakie trafiają się w mojej ludzkiej egzystencji. Do dziś pamiętam, jak zamęczałam rodziców, żeby nauczyli mnie czytać (w tamtych czasach nie uczyli w przedszkolu, trzeba było czekać do pierwszej klasy). Miałam pewnie z sześć lat, kiedy opanowałam czytanie na tyle, by cokolwiek rozumieć. Próbowałam czytać „Express wieczorny” – ach, jak bardzo się martwiłam, że nic, ale to nic z niego nie rozumiem. Sklejałam literki, składałam z nich wyrazy, ale w żaden sposób nie tłumaczyły mi świata.

Dziś jestem mamą trzynastolatki. Moja córka jest klasyczną nastolatką. A jak świat światem rodzic nigdy do końca nie rozumiał nastolatka. Tego, że lubi grać na smartfonie. Tego, że w ogóle kocha telefon. Że woli telefon od książki. Że czyta głupoty. Że ogląda głupoty. W ocenie dorosłego, oczywiście, bo w ich świecie to są super ważne i ciekawe tematy. Dużo rozmawiamy, a rozmawiając, przy okazji odkrywam nowe prawdy dla siebie. Na przykład taką, że nie potrzebuję tylu informacji. Nie muszę wiedzieć wszystkiego, przeczytać wszystkiego, ze wszystkim być na bieżąco. Zrozumiałam, że karmiąc swój umysł byle czym, bombardując go z każdej strony, jestem bez przerwy zmęczona i zmartwiona. Wojnami, chorobami, upływem czasu. Zamiast żyć tu i teraz, snułam wizje, co będzie, jeśli umrę przed czasem albo inni umrą lub zachorują. Co będzie, jeśli będzie wojna. Co wtedy z dziećmi? Martwiłam się tym, że czas tak szybko mija i już nie mam dwudziestu siedmiu lat (ani nawet trzydziestu jeden). Że młodość odeszła raz na zawsze. Dodatki do moich ulubionych gazet to dziś „skuteczne metody odmładzania”, które sugerują, że warto już się tym zainteresować w wieku dwudziestu pięciu. No bo „warto działać wcześniej”, „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Czytałam to wszystko, oglądałam i zastanawiałam się, że świat się tak bardzo zmienił, a ja przecież gdzieś tam w sercu jestem ciągle taka sama. Wprawdzie nie raz dostałam po tyłku na tyle skutecznie, że umiałam wyciągnąć wnioski i dziś jestem w pewnych kwestiach bardziej przezorna, to kocham tak samo naiwnie jak wtedy, kiedy miałam dwanaście lat.

Postanowiłam „posprzątać ten śmietnik”. Karmić głowę tym, co dobre, ważne, piękne, mądre i naprawdę potrzebne. Unikać ludzi, którzy jątrzą i mówią o innych źle. Trzymać się z tymi, którzy są dobrzy i szczerzy. Cenić przyjaciół. Wyrzucić z domu książki, które nie wnoszą nic ciekawego do mojego życia. Nie czytać banałów, bo czas, który mamy jest tak mocno ograniczony, że nawet gdybyśmy chcieli czytać i oglądać tylko wartościowe rzeczy, jest go za mało. Tak postanowiłam i tego próbuję się trzymać. Małymi krokami do celu.

27 komentarzy
Poprzedni
Następny