Herbata, 9 lat później

Ostatnio szukałam czegoś na blogu i natknęłam się na wpis z 2008 roku, w którym pisałam o herbacie. Minęło tyle lat, dziś kupuję bardziej rozważnie, być może dlatego, że już wiem, co lubię. Moje szuflady nie kipią od torebek i pudełeczek. Pomyślałam jednak, że napiszę Wam, co dziś piję. I gdzie kupuję.

Kiedyś wydawało mi się, że sezon ma wpływ na to, bo jakiego rodzaju herbatę sięgam. Wypadałoby napisać, że lato to lekkie napary, a jesień i zima – cięższe, ciemne i intensywne. Ale właściwie pora roku nie ma znaczenia. Bywa, że budzę się rano, wyglądam przez okno, narzucam na piżamę gruby sweter i parzę mocną herbatę.

Moim pierwszym wyborem jest zwykle Golden Yunnan. Uwielbiam tę herbatę. Odpowiada mi jej aromat i intensywność. Piję ją solo lub doprawiam cytryną i cukrem trzcinowym. Na drugiej pozycji, od zawsze, jest u mnie czarna herbata cynamonowa. Kiedyś solidnie ją słodziłam, dziś obywam się bez cukru. Zresztą, słodzę naprawdę niewiele i rzadko. Oduczyłam się. Jako dziecko mogłam wypić szklankę herbaty, do której sypałam szczodrze biały cukier. Dwie albo trzy łyżeczki. Szaleństwo. Moim ulubionym źródłem tych dwóch herbat był zawsze Demmer’s. Kupowałam je w Galerii Mokotów lub na Krakowskim Przedmieściu. Czasem w Wola Parku. Od dłuższego czasu Demmersa nie ma w dotychczasowych punktach (a jeśli są, to ja nic o tym nie wiem) i zamawiam przez internet.

Wędzony Earl Grey. Nie znam drugiego miłośnika tej herbaty. A w każdym razie kogoś, kto przepadałby za nią tak bardzo jak ja. Po raz pierwszy (o ile mnie pamięć nie myli) spróbowałam tej herbaty skomponowanej przez Kusmi Tea. Bardzo lubię ich herbaty, ale są drogie i kupuję je sporadycznie. Kiedyś intensywnie poszukiwałam tej herbaty w Polsce i znajomy przysłał mi metalowe pudełko z Londynu. Mam je do dziś, herbata pochodzi z Fortnum and Mason.

Z herbat, które nie do końca są herbatą, bardzo lubię ekspresowy napar z szafranem i miodem greckiej marki Kozanis. Kiedyś dostałam od koleżanki trzy małe torebeczki i przepadłam. Pyszna. Kupuję ją przez internet.

Herbaty zielone uwielbiam. Pod warunkiem, że nie są zbyt mocno perfumowane. Zresztą, im jestem starsza, tym bardziej drażnią mnie te wszystkie sztucznie aromatyzowane mieszanki. Zdarza mi się je popijać, ale raczej sporadycznie. Najbardziej lubię klasyczne japońskie herbaty np. Sencha, Genmaicha (zielona herbata z prażonym ryżem), jaśminowa i, moja słabość Matcha Iri Genmaicha czyli mix matchy i genmaichy. Uwielbiam tę herbatę, ale moja rodzina nie podziela tej fascynacji. Kupiłam ją w Japonii, a w Polsce można ją dostać np w sklepie Nagomi.pl (przy okazji polecam ich ceramikę, pisałam kiedyś o nich na blogu). Matcha to moja miłość. Wiem, że wiele osób jej nie lubi, ale myślę, że wynika to z faktu, że… nie próbowali dobrej. Często w Polsce podaje się herbatę, która powinna być przeznaczona do celów gastronomicznych czyli np do deserów, a nie do picia. Dobrym źródłem tej herbaty jest wspomniany wyżej sklep Nagomi.pl lub Domatcha (ubóstwiam tę herbatę, choć jest raczej droga, zwłaszcza „Ceremonial Tea”).

Kiedy mam ochotę na jasny napar, sięgam po Darjeeling. Lubię zwłaszcza delikatny First Flush. Tę herbatę piję zawsze bez dodatków, koniecznie w filiżance i obowiązkowo parzoną dokładnie 3 minuty.

I to mniej więcej tyle moich ulubionych. A jakie są Wasze? Jestem bardzo ciekawa.

 

28 komentarzy
Poprzedni
Następny