Chłodnik w 10 minut i zwierzenia u manikiurzystki

A bo ja, proszę Pani, jestem takim typem, który jak się do kogoś przyzwyczai, to będzie do niego chodził latami. A to do dentystki, do której poszłam pierwszy raz, kiedy była świeżo po studiach i na początku tylko asystowała mojemu lekarzowi. Tak mi podpasowała, że niedługo minie 20 lat od czasu tej pierwszej wizyty. Chodzę za nią do wszystkich kolejnych gabinetów, w których pracuje. Nigdy mnie nie zawiodła. Miałam dentystyczne skoki w bok, ale zawsze do niej wracałam. To najdłuższy związek w moim życiu. Próbowałam tak z fryzjerami, ale tutaj nie było już tak różowo. Nasze związki trwały do jednego potknięcia. A jak wiadomo fryzjerskie potknięcia kończą się najczęściej łzami ofiary i bezsennymi nocami, kiedy człowiek budzi się o drugiej czy trzeciej nad ranem i zastanawia, czy ta wizyta i ta fryzura, to był tylko koszmarny sen, czy jednak nie.

Od kiedy przeprowadziłam się na Ochotę, chodzę na paznokcie niemal w kapciach, tak mam blisko. Pójście na paznokcie działa terapeutycznie. To jak stanie pod prysznicem przez kwadrans, kiedy człowiek już dawno umyty, ba, wyszorowany nawet, a stoi, żeby pomyśleć. Chodzę nieregularnie, bo nie mam czasu, ale jednak. Staram się. Moja manikiurzystka za bardzo się nie certoli, jest szybka, dokładna i konkretna i jak trzeba, to uwinie się w dwadzieścia minut. (Bywają takie, które robią to samo przez godzinę, a ja wtedy rosnę i kwitnę i dostaję niemal białej gorączki, bo już bym poszła, już bym wyszła, bo pewnie dziecko płacze albo mąż czeka z obiadem).

Dlaczego piszę o manikiurzystce i paznokciach? A może zaraz pokażę jakieś danie z dłońmi trzymającymi talerz, a paznokcie będą pod kolor potrawy lub ściereczki. Nie, tym razem nie. Moja manikiurzystka, mistrz konkretu, często uraczy mnie złotą myślą albo dobrą radą. Jesteśmy właściwie równolatkami, więc mamy podobne problemy i dzieci w tym samym, nastoletnim wieku. Mamy więc o czym rozmawiać, nie gapię się u niej bezradnie w ścianę, nie muszę gadać o pogodzie. Kiedy trzeba nic nie gadamy, a ja ziewam, zasypiam prawie, bo noc była nieprzespana, a dziecko dawało w kość. Co ostatnio było gotowane? pyta mnie, a ja snuję opowieści. A ona ripostuje i opowiada o chłodniku. Przepis był od klientki tak prosty, że trudno uwierzyć. Nadstawiam więc uszu, budzę się z letargu i zamieniam się w słuch. Kefir, zakwas z buraków, ogórki, rzodkiewka i koper, mówi ona.

Kocham chłodnik. Dotychczas robiłam go standardowo – gotowałam barszcz, a potem łączyłam go z kefirem lub zsiadłym mlekiem. Sporo roboty. W kuchni nie lubię jednak oszukiwania i chodzenia na skróty. Barszcz z kartonu to jednak nie dla mnie. Jednak tym razem chęć na chłodnik tu i teraz była tak wielka, że postanowiłam spróbować i dzielę się z Wami przepisem, bo dobry wyszedł. Radzę poszukać barszczu bez glutaminianu sodu i innych sztuczności. Są takie. Można też zobaczyć w sklepie eko.

Chłodnik w 10 minut

Z podanej ilości składników wychodzi ponad 2 litry chłodnika.

Składniki

  • 1 litr barszczu (domowego lub z kartonu, ale dobrej jakości, bez glutaminianu sodu i innych „ulepszaczy”)
  • 1 litr kefiru lub zsiadłego mleka (lubię Robico lub Garwolin)
  • 1 pęczek rzodkiewek, startych na tarce
  • 1 duży, długi ogórek, obrany i pokrojony w drobną kostkę
  • 1/2 pęczka koperku, posiekanego drobno

Przepis

  1. W dużym naczyniu (ja często robię chłodniki w wysokim słoju, które potem wstawiam do lodówki, żeby wszystkie składniki się przegryzły, a słoik nie zajmuje zbyt wiele miejsca) wymieszać barszcz i kefir.
  2. Połączyć z pozostałymi składnikami. Jeszcze raz zamieszać i wstawić do lodówki na, chociaż, pół godziny.
  3. W tym czasie ugotować jajka (najlepiej na twardo, ale ja uwielbiam chłodnik z jajkami gotowanymi na półtwardo, z miękkim żółtkiem).
  4. Wlać zupę do miseczek, do każdej porcji podziabane widelcem jajko (ja lubię 1-1,5 na porcję).
  5. I tyle. Smacznego!
9 komentarzy
Poprzedni
Następny