Książki na czasie: Wielka księga słoików i Lody – domowa manufaktura

Dla każdego, kto kocha jeść, zaczyna się najlepszy czas. To ten moment, kiedy wchodzisz do warzywniaka i nie wiesz, co kupić, nie dlatego, że na półce leżą trzy zdechłe marchewki i wątły por i jabłka z poprzedniego sezonu, które już dawno powinny zniknąć ze sklepu. Problem jest dokładnie odwrotny: warzyw i owoców jest w bród. Jest ich tak dużo, że trudno się zdecydować, co dziś jemy. Najlepszy czas zaczyna się z początkiem wakacji i trwa gdzieś do października, kiedy można już kupić dojrzałe śliwki i dynie.

Muszę się Wam do czegoś przyznać – mam słabość do przetworów, a zwłaszcza ogórków konserwowych z miodem, małych buraczków w słodkim occie i gruszek w zalewie. O grzybkach nie wspomnę. Dajcie mi słoik grzybków, zwłaszcza takich malutkich, a upiekę do nich bochenek chleba, przyniosę kostkę masła, nakroję sera, ukręcę trochę past warzywnych i po grzybkach nie będzie śladu. Potrafię zjeść sama taki słoik w dzień lub dwa. W moim rodzinnym domu przetwory były zawsze. Być może to był taki czas, że w domach się je po prostu robiło. Mieliśmy zwykle dynię w occie, gruszki w occie, paprykę w occie. Wiem, dużo było tego octu, ale też jakoś przesadnie się tym wszystkim nie objadaliśmy. Obowiązkowe słoiki z jagodami, kompoty wiśniowe i dżemy, ale takie najprostsze, truskawkowe, porzeczkowe czy śliwkowe.

Mam nawyk robienia przetworów. Bez względu na to, jak bardzo jestem zajęta czy zmęczona, to latem muszę zrobić kilka słoików. Po prostu jakoś mi żal patrzeć na przemijający sezon na truskawki czy wiśnie, na te kuszące ceny. Kiedyś potrafiłam zrobić kilkadziesiąt słoików dżemu, ale nie byliśmy w stanie tego przejeść. Dziś już nie produkuję więc dla samego produkowania, bo szkoda mi czasu. Dziś robię dla przyjemności – lepiej jest mieć mniej słoików z dżemem A i jeść go z przyjemnością wiedząc, że zaraz się skończy, niż patrzeć na dżemy z naklejką sprzed kilku lat.

******

Co roku staram się wypróbować jakiś nowy przepis. Uwielbiam słodko-ostre chutneye, ketchupy, no i ogórki w niezliczonych wariantach. Nie lubię jednak słoików udziwnionych i nazbyt fantazyjnych. Mam w domu kilka książek z przepisami na przetwory, a najnowsza z nich to „Wielka księga słoików” Jennifer MacKenzie. To solidne kompendium wiedzy, które zainteresuje po pierwsze tych, którzy nigdy przetworów nie robili i potrzebują informacji, od czego zacząć, jak również tych, którzy chcą ugruntować swoją wiedzę i dowiedzieć się czegoś nowego. Wprawdzie wszystkim nam się wydaje, że babcia robiła najlepsze słoiki, ale świat i technika poszły naprzód. Dziś można kupić szereg akcesoriów ułatwiających życie – specjalne przecieraki, bajeranckie słoiki, personalizowane naklejki, ściereczki. Cuda, naprawdę.

Książka jest godna uwagi ze względu na precyzyjny opis zarówno wszystkich potrzebnych akcesoriów, składników, ale też sposobu wykonania. Autorka opisuje nawet, co oznaczają pojęcia „grubo siekane” (kawałki mierzące od 2 do 2,5 cm) czym się różni „duszenie” od „lekkiego gotowania” i wiele, wiele innych. Myślę, że absolutnie na każde pytanie jest w tej książce odpowiedź, ale uprzedzam lojalnie – mało tu zdjęć, nie ma obrazków. Trzeba czytać. Na pocieszenie powiem, że książka jest zaprojektowana tak, jak lubię: czytelnie. Można ją postawić na blacie i swobodnie czytać: składniki są podane precyzyjnie, a opis wykonania jest w punktach. W każdym przepisie są wskazówki dotyczące np. trwałości danego przetworu czy opcji zastąpienia jednego składnika innym. Autorka pisze, dlaczego tak istotne jest trzymanie się np. proporcji soli, cukru czy octu i gdzie możemy puścić wodze fantazji i poeksperymentować.

Dobry podział na: Przetwory z warzyw, Przetwory z owoców, Sosy, chili, salsa i inne, Sosy czatnej, Relisze i tapenady, Przetwory i sosy marynowane z całego świata. 

Ciekawa pozycja, która szybko się nie znudzi i przyda się co roku.

Wielka księga słoików, Jennifer MacKenzie
Wyd. Laurum, Tłumaczenie: Magda Witkowska
Cena okładkowa: 49,90 zł

*****

Jako stary bloger 😛 znam dobrze postać Davida Lebovitza, ponieważ 10-11 lat temu, kiedy zaczynaliśmy blogować, David był dla wielu z nas guru. Cukiernik z San Francisco, który rzucił Stany i przeprowadził się do Paryża, by w miniaturowym mieszkanku gotować, piec i opisywać życie we Francji pokazał nam, na czym polega interesujące, wciągające czytelnika pisanie o jedzeniu. Książkę, o której chcę Wam dziś powiedzieć, mam już od 2007 roku, ale właśnie teraz ukazała się ona po polsku. Jest to, obok „Słodkiego życia w Paryżu”, moja ulubiona książka Davida, którą wyjmuję z półki co lato. To jedna z najfajniejszych książek o lodach, jakie znam. Lody karmelowe z gruszką i imbirem, Lody podwójnie czekoladowe, Lody z prażonymi migdałami i kandyzowanymi wiśniami, a do tego szereg dodatków: gniazdka bezowe, rożki do lodów, ciągnąco-intensywne brownie, kandyzowane plasterki cytryny czy pianki marshmallows to tylko niektóre z propozycji z tej książki. Podobnie jak w „Wielkiej księdze słoików”, w tej również nie ma wielu zdjęć, a te, które są, są w hmn… starym stylu, ale zapewniam Was, że mimo to, warto po nią sięgnąć. Tu są chyba przepisy na wszystko, co przyjdzie nam do głowy, kiedy pomyślimy o lodach. Polecam!

Lody – domowa manufaktura, David Lebovitz
Wyd. Pascal, Tłumaczenie Agnieszka Kocel
Cena okładkowa: 64,90 zł.

12 komentarzy
Poprzedni
Następny