5 najbardziej zniszczonych książek kucharskich w moim domu

“No a jaka jest twoja ulubiona” słyszę czasem od gości, którzy stoją przed przepastną kulinarną biblioteczką w moim domu. Uzbierałam tego już około tysiąca.

Patrzę na półki, sięgam po kolejne tomy: może ta? Albo ta? A i jeszcze tamta! Ale koniec końców, dochodzę do wniosku, że książki kucharskie spełniają u mnie różne funkcje – niektóre są wyłącznie do oglądania. Są też takie napisane przez szefów kuchni, gdzie precyzja wykonania woła o posiadanie solidnego laboratorium albo umiejętności logistyki i matematyki, żeby surowe jajko z przepisu umiejętnie podzielić na osiem, by zrobić deser dla czterech osób a nie restauracyjnego tłumu. Są takie, kupione w dalekich krajach, żeby przepisy były jak najbliżej oryginału. Tyle tylko, że dziś już wiem, że przepis przepisem, ale składnik robi różnicę: nawet mleko smakuje inaczej tu i w Indiach, a co dopiero mówić o lokalnych przyprawach, o których nie śniło się (polskim) filozofom. Nie trzeba daleko szukać, śmiem twierdzić, że nawet polskie wydania książek pisanych na rynek brytyjski często u nas nie mają racji bytu. A bo mamy inny smak, po prostu. Nie ugotujemy bożonarodzeniowego puddingu, na przykład. Kupowanie książek tylko dlatego, że są w nich ładne obrazki albo znane światowe nazwisko to nie zawsze klucz do zaspokojenia naszych kubków smakowych.

Różnimy się, ale bywa przecież i tak, że akurat ta konkretna osoba, bez względu na to, co nam ugotuje, trafia bezbłędnie w nasze gusta. To jak z babciami – jedna potrafiła nas nakarmić, a druga niekoniecznie, bo u niej naleśniki były za tłuste a herbata za mocna.

Regularnie patrzę na moje książki z myślą “co by tu oddać?” Pozbywam się książek kompulsywnie, nie rozwodzę się za bardzo nad tymi, z których od dłuższego czasu nie korzystam. Być może wyrosłam z nich albo one przestały spełniać funkcje, dla których je kupiłam.

Mam jednak swój stały zestaw, po który sięgam niezależnie od aktualnych mód i nowych tomów piętrzących się na parapetach. Dowodem na częste używanie jest to, jak wyglądają – brudne, poplamione albo porwane. Bo spadały z blatu albo gdzieś ze mną jeździły. Zalane kawą albo ubrudzone masłem. Ale są ze mną, trwają na stanowisku już długo. Chcecie wiedzieć, które?

*****

Anjum Anand „I love curry”

Kuchnia Indii nie jest chyba w Polsce zbyt popularna. Widzę to po reakcji na przepisy, jakie publikuję. Daj przepis na sernik, będzie wow, opublikuj recepturę na mega mega pyszne curry – zainteresowanie średnie. Zastanawiam się nad tym bardzo często i myślę sobie, że ta moda jeszcze do nas przyjdzie. I tak jak dziś naród tłumnie wali na kebaba, jutro będzie chodził “do Hindusa”. Kuchni Indii miałam okazji spróbować tam, na miejscu i wiem, jak pysznie może smakować. Albo jak okropnie. Podobnie ma się sprawa z indyjskimi restauracjami w Warszawie – wiele z nich serwuje naprawdę byle jakie dania. Więc trochę się nie dziwię, że ludzie jakoś nie pałają doń wielką miłością.

Wracając do książki – napisała ją Hinduska mieszkająca w Anglii i przepisy są dostosowane do naszych europejskich preferencji. Te dania nie są szaleńczo ostre, a składniki są dostępne. Wystarczy od czasu do czasu uzupełnić zestaw przypraw takich jak kmin, kolendra czy kora cynamonu i gotować z tej książki z sukcesem. Ja zrobiłam z niej większość dań, później nauczyłam się korzystać z tych przepisów jak z drogowskazów, które pokazują mi kierunek, ale do celu podążam już własną drogą.

*****

Donna Hay „Seasons”

Cóż, będę z Wami szczera – nie ugotowałam wiele z tej książki. Albo może inaczej, ugotowałam, ale dawno temu. Na tyle dawno, że dziś nie ma to większego znaczenia. Nie oznacza to, że przepisy w niej są złe. Jest wręcz przeciwnie.

Jest to bez wątpienia książka stylistycznie mi najbliższa. Najpiękniejsza, najbardziej dopracowana i spójna. Książka, gdzie z całą pewnością nie brakowało kasy na produkcję i zatrudnienie sztabu ludzi, którzy pracowali nad każdym źdźbłem trawy występującym na zdjęciu. Tu nic nie zostało zrobione byle jak, taniej i szybciej. Tu jest budżet, modelki, prawdziwe sesje, plenery i rozmach. To, co tu jest, jest trudne do podrobienia. I pewnie być może dlatego tak bardzo mi się to podoba.

*****

Magda Gessler „Kocham gotować”

Żadna inna książka, którą lubię, tak bardzo mnie nie denerwuje. A bo nie ma w niej indeksu i dobrego spisu treści i jak czegoś potrzebuję, to znowu muszę przejrzeć całą. Jest bowiem podzielona na kolory, a dla mnie to nie do końca jasne. Być może jestem tu daltonistą. Być może.

To była pierwsza książka Magdy Gessler, którą kupiłam (a druga przez nią wydana). Mam więcej książek jej autorstwa, do których właściwie nie zaglądam. Ale ta to co innego. To książka szczera i z rozmachem. Trochę bałaganiarska, często nieprecyzyjna i nieco chaotyczna. Ale przepisy w niej są po prostu super. Tradycyjne i ze świata, trochę tego i tamtego. Najczęściej na bogato: dużo jajek, masła i cukru:)

*****

Marta Gessler „Kolory smaków”

To dosyć stara książka. I z całą pewnością niedoceniona (można ją dziś kupić za ok. 10 zł na Allegro).

Nie raz, nie dwa mówiłam tu o mojej wielkiej sympatii do Marty. Kiedy byłam bardzo młodą osobą, chodziłam do jej restauracji i wodziłam za nią wzrokiem jak za najprawdziwszą królową. I tak jest do dziś, choć mam to szczęście, że dziś mam do Marty telefon i mogę do niej napisać albo zadzwonić, jeśli najdzie mnie taka potrzeba. To wspaniała, twórcza osoba, pełna dobrej energii. A to, co wyróżnia jej kuchnię od innych to, ujęłabym to tak: “ona odejmuje tam, gdzie inni by coś jeszcze dodali”, ale w tym pozytywnym znaczeniu tego słowa. Jej kuchnia jest nowoczesna, ale bez niepotrzebnej spinki. I prosta, ale z twistem. Kiedy pokazuję ludziom tę książkę, mówią: eee, za proste, eee, brzydkie zdjęcia. Błąd! Kiedy chcę coś prostego, lekkiego, normalnego i szybkiego, zaglądam właśnie tu.

*****

„Chleb” Jeffrey Hamelman

Miałam przyjemność pracować przy polskim przekładzie tej książki. Praca marzeń! W dodatku pracowałam z tłumaczem, który był dociekliwy i któremu się chciało. Tak bardzo kocham tę książkę, że choćby nie wiem, jak piękne książki o chlebie mi pokazywali, to ta jest dla mnie najlepsza i koniec. Na temat książki i przepisów z niej wymieniłam z ludźmi już tyle maili, że trudno mi nawet je zliczyć. Kiedy nakład był wyczerpany, częstotliwość tych maili się nasiliła, a ja pisałam do wydawcy “proszę, zlitujcie się i zróbcie wznowienie!”. No i zrobili. Dzięki temu każdy może mieć dziś swojego Hamelmana w domu. Ostrzegam tylko, to jest książka bez zdjęć, nie licząc kilku i trzeba ją czytać, a to nie jest zbyt lubiane zajęcie. (A wiem to z maili, w których ludzie zadają wciąż te same pytania, na które odpowiedź jest w tej samej książce kilkanaście stron wcześniej). Ale warto. Naprawdę.

*****

I to by było na tyle. 5 ulubionych. Choć jak tak sobie myślę, znalazłabym jeszcze kolejnych pięć. Albo i dziesięć, ale to już może temat na innego posta.

17 komentarzy
Poprzedni
Następny