O rodzinach wielopokoleniowych. I tarta z wiśniami.

 

Brakuje mi rodziny wielopokoleniowej, jak dawniej, kiedy jako dziecko wracałam do domu, w którym zawsze ktoś na mnie czekał z talerzem ciepłej zupy i dobrym słowem. Nigdy nie musiałam być dzieckiem „z kluczem na szyi”, jak określało się w tamtych czasach te dzieciaki, których rodzice pracowali wtedy, kiedy one wracały po szkole do domu.

Im jestem starsza, tym wyraźniej widzę, ile zalet miał model, w którym obok siebie żyli ludzie w różnym wieku, by móc wzajemnie korzystać z życiowej mądrości i rady. Kiedy rodziło się dziecko, obok była mama, teściowa lub jakaś ciotka, która pomogła wykąpać, przytulić albo ochrzanić, kiedy było trzeba. I czuję to bardzo mocno zwłaszcza wtedy, kiedy drobnostki wydają się wielkimi problemami, a człowiek (głównie matka) zamiast zapytać bliskiej osoby, szuka rad u specjalistów. Kiedy nagle wszyscy w domu chorują, bo dziecko przyniosło do domu wirusa i zdani jesteśmy tylko na siebie i nie ma, że „nie dam rady”. Dasz radę, bo musisz, bo nie ma innego wyjścia.

Kiedy miałam trzy lata urodził się mój brat, a mój świat się zawalił (a w każdym razie tak mi się wtedy wydawało). Byłam mała, ale dobrze pamiętam tamte emocje. Na ratunek przyjechała Babcia ze strony Mamy, która zabrała mnie do siebie na Podlasie. Nie wiem, jak długo tam wtedy byłam – miesiąc czy dwa, ale miłość, którą mnie wtedy otoczyła, dała mi moc, z której mogłam korzystać przez całe życie. Babcia jeszcze wtedy pracowała, jakoś dzielili się z dziadkiem opieką nade mną. To było proste, zwyczajne życie – wspólne spędzanie czasu, spacery nad rzekę lub do którejś z sióstr babci. To właśnie wtedy narodziła się moja miłość do przyrody, to tam nauczyłam się, że od „mieć i kupić” ważniejsze jest dostać troskę i uwagę.

W Warszawie mieszkaliśmy z dziadkami ze strony Taty, a mój Dziadek był tu, na miejscu, moim największym przyjacielem i powiernikiem wszystkich nastoletnich trosk. Byłam pierwszą wnuczką, byłam więc najukochańsza i mogłam sobie zawsze pozwolić na więcej. Nigdy nie zapomnę, jak wysyłał mnie do kiosku po Express Wieczorny, który ukazywał się popołudniami, a potem spędzaliśmy wspólnie czas – on czytał gazetę paląc papierosy, a ja coś rysowałam przy tym samym stole gapiąc się na niego od czasu do czasu. Ci ludzie zawsze mieli dla mnie czas, choć mieli przecież swoje sprawy i swoje zmartwienia. Byli jeszcze ciągle młodzi (bo przecież pokolenie naszych rodziców miało nas zwykle mniej więcej w okolicach dwudziestych urodzin), ale zawsze, kiedy było trzeba, po prostu BYLI. I chociaż wcale nie było różowo, jak to między ludźmi, a to jakaś sprzeczka, niesnaski i inne wynalazki, to my, jako dzieci, mieliśmy okazję to wszystko obserwować i uczyć się dzięki temu rozwiązywać konflikty w przyszłości. Uczyliśmy się szacunku do starszych, naturalnie, nie przez czytanie książek na ten temat.

Dziś świat wygląda zupełnie inaczej. Nikt nie ma czasu, wszyscy skoncentrowani na sobie. Jedni robią karierę, inni odchowali dzieci i na stare lata chcą podróżować, odpoczywać, cieszyć się życiem. Babcie nie mają dziś potrzeby wychowywać, „nie chcą się wtrącać”, a w efekcie ich kontakt z wnukami jest, jaki jest, często „służbowy” i sporadyczny. Coraz większym powodzeniem cieszą się dziś żłobki i domy spokojnej starości, bo starsi nie mają czasu i ochoty na zajmowanie się wnukami, żeby pomóc, a dzieci, kiedy rodzice są starzy nie mają ochoty zajmować się nimi. Smuci mnie ten egoistyczny świat, gdzie najważniejsze dziś jest „ja”. I zastanawiam się, jak to będzie za czterdzieści lat, kiedy sama będę stara. Czy moje dzieci znajdą dla mnie czas? Czy oddadzą mnie komuś, żeby zajął się mną lepiej i bardziej „profesjonalnie”. Czy ja znajdę w sobie siły, żeby być wsparciem dla moich dorosłych córek i ich dzieci, czy raczej zadzwonię od czasu do czasu, żeby zapytać, co słychać?

Kochane kobiety, z okazji jutrzejszego Dnia Matki, życzę Wam wszystkim wsparcia bliskich Wam kobiet i żebyśmy my były wsparciem dla tych, dla których jesteśmy ważne.

Tarta z wiśniami

To jeden z tych wypieków, który zdecydowanie lepiej smakuje niż wygląda. Miękki, kruchy spód, a w środku dużo pysznych wiśni i słodkich migdałów. Można to ciasto upiec też w foremce, będzie miało ładniejszy kształt, ale ja zawsze lubię ten niedoskonały i rustykalny 🙂

Składniki

  • 1 i 1/4 szklanki mąki (dowolnej pojemności, ja użyłam takiej o poj. 200 ml) to ok. 200 g
  • 1/8 szklanki cukru
  • szczypta soli
  • 100 g masła
  • ok. 1 łyżki wody

Farsz:

  • 250 g mrożonych wiśni bez pestek (nie rozmrażamy ich wcześniej)
  • 1/4 szklanki migdałów
  • 1/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej

Przepis

  1. Wszystkie składniki ciasta zagniatamy. Formujemy z niego kulę i chłodzimy w lodówce przez ok. godzinę.
  2. Miksujemy w malakserze migdały z cukrem i gałką muszkatołową. Powinniśmy uzyskać konsystencję tartej bułki. Mieszamy te okruchy z wiśniami.
  3. Piekarnik nagrzewamy do 200 st C.
  4. Wyjmujemy ciasto z lodówki i wałkujemy je na papierze do pieczenia (jeśli się klei, kładziemy na cieście folię spożywczą i wałkujemy wałkiem ciasto przez folię). Ciasto powinno mieć ok 1/2 cm grubości.
  5. Wysypujemy na środek owoce, podwijamy do środka brzegi i wstawiamy do piekarnika. Zmniejszamy temperaturę do 180 st C i pieczemy 40 minut.

Smacznego!

46 komentarzy
Poprzedni
Następny