Drożdżówki z serem, konfiturą wiśniową i lukrem

„Kiedyś to było i przedwiośnie i wiosna prawdziwa, a teraz z zimy wskakujemy od razu do lata” powiedział mi w tamtym roku ktoś. I jeszcze to, że nie opłaca się kupować wiosennych płaszczy, bo przecież z zimowych swetrów i kożuchów od razu wskakujemy w letnie wiatrówki i przewiewne sweterki. Tak było. Miał rację ktoś. W tym roku wiosna przychodzi powoli, przynajmniej w Warszawie. Nieśmiało zaczynamy na działce sezon – alejkami przechadzają się, póki co, głównie emeryci. Młodzi czekają na cieplejsze dni, na zew prawdziwie wiosennej aury. Pakujemy dzieci, jedzenie i ruszamy w drogę. Bo tak to już jest, że nawet jeśli przed wyjściem z domu zdążymy porządnie zjeść, to już w progu działkowej altany dzieci zaczynają poszukiwania kaszy, jabłek, ciasta, kanapek. Dzwoni babcia: „Naprawdę jedziecie na działkę? Przecież tak zimno”. Mhm, zimno, 17 stopni. Babcia trochę narzeka przez telefon na pogodę, po czym oznajmia, że jednak dołączy. Przywozi wielki słój botwiny, którą od razu podgrzewamy na taniej elektrycznej płytce. Czekanie na zupę wydaje się nie mieć końca.

Grabimy liście, postanawiamy (jak zwykle) w tym roku nic nie robić, a ja i tak wiem, że skończy się tak samo: wystarczy, że wpadnę do pierwszego lepszego sklepu z roślinami, by stracić w nim głowę i z marszu wyznaczać kolejne rabaty. Ale póki co cieszę się tym nieśmiale świecącym słońcem i lekkim wiosennym wiatrem, który kołysze moje dzieci do snu na tyle skutecznie, że co chwila sprawdzam, czy z nimi na pewno wszystko w porządku. Śpią głębokim snem, jak nie one.

Leżę na kocu i gapię się na budkę dla ptaków, którą wieszaliśmy pod koniec tamtego roku na wysokim modrzewiu. Zamieszkały ją szpaki, mają teraz sezon lęgowy i wykluły się młode. Patrzę jak samica krąży nad budką, a potem skacze z wysokiej gałęzi wciąż niżej i niżej, by wsadzić głowę do dziupli. Małe ożywiają się wtedy i piskami oznajmiają, że są głodne i że zjadłyby więcej. A ona lata w tę i z powrotem.

Nim minie kilka godzin zjadamy wszystkie zapasy, pakujemy brudne naczynia do torby (bo wody jeszcze na działce nie włączyli) i wracamy do domu.  Tym razem z pierwszym działkowym bukietem. Późną jesienią, z wielkim brzuchem, uparłam się, że będę sadzić kwiaty cebulowe. Żeby zakwitły, właśnie teraz. I mam. Cieszą bardziej niż bukiety z kwiaciarni.

A przy okazji dzielę się z Wami przepisem na drożdżówki: trochę sera, trochę mrożonych owoców i konfitury z działkowych wiśni. I lukier, koniecznie i obowiązkowo.

 

Drożdżówki z serem i wiśniami

Przepis na ok. 6 bułeczek

Składniki

Ciasto:
300 g mąki pszennej
20 g świeżych drożdży
40 g cukru
1 jajko
70 g stopionego i ostudzonego masła
150 ml ciepłego mleka
1/3 łyżeczki soli

Farsz:
200 g białego sera (użyłam sera kremowego na wagę ze Strzałkowa)
1 łyżka cukru trzcinowego
1 żółtko
ok. 7 łyżeczek konfitury wiśniowej (użyłam domowej)

po kilka mrożonych wiśni na każdą bułeczkę (ok.18 sztuk)

Do posmarowania: roztrzepane białko wymieszane z łyżeczką wody

Przepis

Zrobić zaczyn: wymieszać drożdże z odrobiną cukru i mleka, odstawić do rośnięcia na kilka minut.
Mleko lekko podgrzać, wymieszać z masłem, cukrem i solą. Kiedy lekko przestygnie, połączyć z jajkiem. Dodać mąkę wymieszaną z zaczynem.
Wyrobić gładkie ciasto. Pozostawić przykryte w temperaturze pokojowej na 1-1,5 h, aż podwoi swoją objętość.

Przygotować farsz: ser wymieszać z cukrem i żółtkiem.

Z ciasta formować okrągłe bułeczki, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pozostawić przykryte ściereczką do lekkiego wyrośnięcia na ok. 30 minut.
W każdej bułeczce zrobić głębokie zagłębienie, a następnie do każdego dołka wkładać najpierw łyżeczkę-dwie konfitury, potem ser, a na wierzchu wiśnie. Brzegi bułeczek posmarować roztrzepanym białkiem.
Odstawić bułki na ok. 30 minut, by podrosły.

Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wstawić drożdżówki i piec 15-20 minut, do zrumienienia. Wyjąć z piekarnika, przełożyć na kuchenną kratkę i wystudzić. Można je polukrować (lukier: cukier puder ucieramy z odrobiną wody).

5 komentarzy
Poprzedni
Następny