Ramen. Nasz prosty sposób na japoński rosół.

Lubię wracać wspomnieniami do pierwszych prób jedzenia dań innych niż to, czym karmiła mnie w domu mama. Należę do ludzi, którzy myśląc o podróżach, nie mogą się doczekać pójścia na lokalny targ, spróbowania kawy w kawiarniach obleganych przez miejscowych, a nie turystów. Uwielbiam siedzieć w nich i gapić się na ludzi, patrzeć co zamawiają, wtapiać się w tłum. Nigdy nie zapomnę, jak w Indiach zamawiałam jedzenie i widziałam zaciekawione oczy kelnera, który pytał: “Czy podać sztućce?”. Wiadomo, że nie podawać! Jemy tylko ręką, tak smakuje najbardziej. Szanuję lokalne zwyczaje.

Zanim pojechałam do Japonii, pierwszy ramen zjadłam w Warszawie. Był cudowny. Rozgrzewający, intensywny w smaku, duży i pożywny. Jedząc go pomyślałam, że oto moja ulubiona zupa, barszcz ukraiński, została zdetronizowana przez japoński rosół. Tak, taki rosół mogłabym jeść codziennie, do końca świata, pomyślałam wtedy.

Kiedy wysiedliśmy z samolotu w Tokio, ramen był pierwszą rzeczą, jaką jedliśmy. Zamawiany w podrzędnej, byle jakiej restauracji, gdzie menu było wyłącznie po japońsku, a zdjęcia przedstawiające dania rozmazane i niewyraźne. To nie był najlepszy ramen, a w każdym razie dużo gorszy od tego, który jadłam w Warszawie.

Byliśmy jednak w Japonii na tyle długo, że miałam okazję przez trzy tygodnie próbować go w nowych miejscach. Ten najwspanialszy zaserwował nam gburowaty właściciel małej knajpki w Kioto, w której podawali wyłącznie tę zupę. Kiedy weszliśmy do środka, właściciel oderwał wzrok od telewizora na ścianie i rzucił w naszą stronę: “Ramen?”. Pokiwaliśmy głowami przyklejeni do gęsto ustawionych stolików, wsuwając wózek z naszą dwuletnią, śpiącą córką pod jeden z nich. W półmroku, przy dźwiękach telewizora, obserwowaliśmy rytuał mieszania i serwowania najlepszej zupy świata. Postawił przed nami dwa talerze, niewzruszony, kiwnął głową i wrócił do oglądania telewizji. A my z każdą kolejną łyżką przepadaliśmy coraz bardziej. Ja oczywiście martwiłam się, że Japonia jest tak daleko, że nie będę mogła znowu tego zjeść. Pan Inżynier jak zwykle mnie pocieszał tradycyjnie mówiąc: Oj nie martw się, coś wymyślimy.

Po powrocie z Japonii bałam się gotować ramen w domu. A bo to trzeba bulion gotować kilkanaście godzin, a bo to produktów nie ma. Chodziliśmy na niego do restauracji.

„Słuchaj, skoro oni go w restauracji robią, to my przecież też możemy. Chcesz?” – zapytał pewnego dnia mój mąż. I zrobiliśmy ramen najpierw raz, a potem kolejnego dnia znowu. I później jeszcze raz. Udało się, mamy to! Okazało się, że domowy ramen, a raczej jego prosta wersja, bez kilkunastu godzin przeznaczonych na gotowanie bulionu, nie jest taka trudna. Że się da. Że można.
I że można kupić już płatki suszonego tuńczyka, i makaron do ramenu. Ja skorzystałam z produktów marki House of Asia.

Domowy prosty ramen

Na 2 osoby.

Składniki

  • Makaron ramen 3 mm – 100 g (pół paczki)
  • Biała rzodkiew – 100 g (pół rzodkwi średniej wielkości)
  • Cebula dymka ze szczypiorkiem – 3-4 szt.
  • Pędy bambusa – 100 g
  • Jajko – 2 szt.
  • Suszone płatki tuńczyka (bonito) – 5 g
  • Grzyby shitake – 10-15 g (suszonych)
  • Boczek parzony – 6 plastrów (w wersji bezmięsnej można pominąć)
  • Bulion warzywny lub mięsny – 1/2 l
  • Bulion dashi w proszku – 5 g

Przepis

Do podgrzanego pół litra bulionu mięsnego lub warzywnego (w zależności od preferencji) dodajemy bulion dashi w proszku, płatki tuńczyka (ok. 4 gr), boczek i grzyby shitake. Gotujemy przez 30 min. na wolnym ogniu.

Ugotowany zgodnie z instrukcją na opakowaniu makaron wkładamy do misek, dodajemy pokrojoną w słupki rzodkiew, posiekaną w cienkie plasterki dymkę wraz ze szczypiorem, pędy bambusa oraz 2 połówki ugotowanego na półmiękko jajka (choć najlepsze są marynowane).

To wszystko zalewamy przygotowanym wcześniej wywarem z grzybami i mięsem i posypujemy płatkami tuńczyka (ok. 1 gr).

17 komentarzy
Poprzedni
Następny