Leczo

leczo-m

Znacie to uczucie, kiedy otwieracie drzwi lodówki i dochodzicie do wniosku, że nie ma tam nic ciekawego? Ja mam tak dziś z szafką, w której przechowujemy słodycze. Jest ich tam coraz mniej i mniej, a my sięgamy po nie coraz rzadziej. Ostatnio nawet nie otwieram książek z przepisami na ciasta – wszystko wydaje mi się zbyt słodkie. Jakiś czas temu kupiłam książkę „Rzucam cukier” – nie kupiłam jej po to, by cukier zupełnie z diety wykluczyć, ale byłam ciekawa teorii, jakie tam znajdę. Okazuje się, że współczesny człowiek tygodniowo zjada około kilograma cukru. Dla mnie szokujące. Bo wydawać by się mogło, że okazjonalnie zjedzony batonik, posłodzona herbata czy lody na mieście, nie dadzą takiej cukrowej bomby. A jednak.

Kiedy byłam nastolatką, do Polski wkroczył Donkin Donuts. Czułam się w nim jak w raju, niemal każdego dnia jeździłam na ulicę Kruczą, by spróbować nowych smaków i przy okazji pouczyć się do egzaminów. Potrafiłam zjeść trzy albo cztery na raz – a dodam, że od liceum ważę wciąż tyle samo, wyłączając dwie ciąże i wakacje w Anglii, kiedy tak opychałam się tamtejszymi flapjackami, że przytyło mi się chyba z pięć kilo. Może w tamtym czasie mój organizm był zaprogramowany na przyjmowanie innych ilości cukru, nie wiem. Potem na długie lata zapomniałam o donutach, by kilka dni temu przy okazji wizyty w Miasteczku Wilanów odkryć, że otworzyli tam DD. Postanowiłam sprawdzić, czy Bostony, czyli donuty wypełnione śmietankowym kremem smakują tak, jak kiedyś. Ale okazało się, że nie jestem w stanie zjeść nawet połowy. Za słodkie, za mdłe. Jakieś takie proszkowe. Nie dla mnie. I przypomniałam sobie czasy dzieciństwa, kiedy cukierki dostawaliśmy okazjonalnie, bo po prostu nie były tak dostępne jak dziś. Obiecywałam sobie, że jak dorosnę, to codziennie będę jeść słodycze. Dużo, najwięcej. Ale dziś jem ich tak mało. Wolę kanapkę albo kawałek wytrawnej tarty. Zastanawiam się czasem, jak na przestrzeni lat zmieniają nam się smaki. Jak „zawsze” zmienia się na „nigdy”, a w każdym razie człowiek przestaje być już tak radykalny jak dawniej.

Lipiec to czas, kiedy łakomym okiem patrzę na warzywa. Dzisiaj mogłabym jeść tylko takie dania. To właśnie teraz sałatki, surówki i warzywne dania jednogarnkowe smakują najlepiej. Dzisiejsze leczo jest na bazie kabaczka, ale można je równie dobrze zrobić np. z cukinią. Kiedyś potrafiłam ratatouille gotować nawet godzinę, ale teraz zdecydowanie bardziej wolę dania, w których warzywa nie są rozgotowane i zachowują chrupiącą strukturę. Groszek to dodatek dla mojej młodszej córeczki – fanki wszelkich warzyw.

leczo-1

Leczo z kabaczkiem

Składniki

  • 4 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 cebule cukrowe, obrane i drobno posiekane
  • 3 ząbki czosnku, obrane i zmiażdżone albo dokładnie posiekane
  • 1 średniej wielkości marchewka, obrana i pokrojona w kostkę
  • 4 łyżki listków świeżej bazylii, posiekanej
  • 1 średniej wielkości kabaczek o wadze ok 500 g
  • 5 dużych pomidorów, sparzonych i obranych ze skórki
  • 1 łyżka rodzynek
  • 1 łyżeczka nasion czarnuszki
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • 3-4 łyżki groszku (świeżego lub mrożonego)
  • sól i pieprz do smaku

Przepis

  1. W garnku rozgrzać oliwę z oliwek. Dodać cebulę, lekko ją posolić i zeszklić przez kilka minut.
  2. Dodać czosnek, smażyć minutę. Dodać marchew, bazylię, kabaczek pokrojony w kostkę 2-3 cm, pomidory, rodzynki, czarnuszkę i kumin. Gotować 15-20 minut, aż warzywa zmiękną.
  3. Dodać groszek, doprawić do smaku solą i pieprzem.
  4. Można podać z łyżką jogurtu greckiego albo ze zsiadłym mlekiem. Ja uwielbiam je ze świeżym chlebem posmarowanym masłem albo młodymi, ugotowanymi ziemniakami.

Smacznego!

12 komentarzy
Poprzedni
image
Następny
maldrzyki-3