O przemijaniu

Processed with VSCOcam with 4 preset

Nie wiem, jak Was, ale mnie okres przedświąteczny nastraja nostalgicznie. Nie biegam po sklepach w poszukiwaniu najlepszych prezentów, bo ich ilość i nadmiar jest dla mojej głowy ciężarem, zamiast ułatwieniem. Kupujemy sobie symboliczne, proste prezenty, dając sobie przyzwolenie na obdarowywanie się bez okazji w ciągu pozostałej reszty roku. Zawsze „musisz kupić” sprawiało mi jakiś dziwny ból, jestem beznadziejna w kupowaniu prezentów „z okazji”. Kiedy „muszę” kupić kwiatki na imieniny, okazuje się, że pani w kwiaciarni robi mi najbrzydszy bukiet świata obwiązując kwiaty rafią w kolorze oranżady. Kiedy szukam prezentu dla dziecka, staję przed półkami z zabawkami bezradnie obracając w rękach kolejne pudła z czymś plastikowym, absolutnie niewartym swojej ceny. Ale czas przedświąteczny jest dla mnie najgorszy: przeciskanie się w sklepowych alejkach z ludźmi, którzy tak szczelnie wypełniają wszystkie centra handlowe, szukając najlepszych okazji to nie jest dyscyplina dla mnie. W takich chwilach cieszę się, że jest internet, poczta polska i kurierzy, bo mogę spokojnie pomyśleć i wybrać, nie wrzucając „przy okazji” do koszyka rzeczy, których nie potrzebuję. Bo ten czas sprzyja takim pokusom, wiele rzeczy wydaje się teraz piękniejszych, niezbędnych i w świetnej cenie. Nie wiem, jak Wy, ale ja, patrząc na moją skrzynkę mailową, od co najmniej dwóch miesięcy mam wrażenie, że we wszystkich sklepach, które przysyłają mi swoje newslettery, jest „super okazja” i „wyprzedaż”. Nic tylko kupować.

Processed with VSCOcam with 4 preset

Znowu będzie za dużo jedzenia – ogłaszam Mamie przez telefon i proszę, by tym razem nie robiła pięciu rodzajów śledzi i karpia w ośmiu wersjach. Bo ja wolę mniej, bo wtedy bardziej smakuje, lepiej się zapamięta, co się jadło. Z wiekiem zrozumiałam, że warto czekać na świąteczne potrawy cały rok i nie robić kapusty wigilijnej w czerwcu (tak tak, miałam takie pomysły).

I kiedy siedzę tak przed skrzynką mailową, odhaczając kolejne maile z ofertami „Kup”, wracam do czasów dzieciństwa i od razu przypominają mi się utyskiwania pani ze sklepu w mojej dzielnicy, która codziennie mi powtarza: kiedyś było biednie, ale ludzie byli lepsi.

Lubię wracać do tych wspomnień. Pozwalają mi uporządkować myśli, kiedy słucham o wielkich świątecznych przyjęciach i rozterkach, co kupić dziecku, które ma wszystko, bo nim poprosi, dostaje bez okazji. Przypomina mi się wtedy, jak Mama chowała trójkątne puszki z szynką konserwową „na święta”, jak dziadek kilka dni przed Wigilią schodził do piwnicy po domowe grzybki, śliwki w occie i szykował bombki, które trafiały do domu dzień przed świętami. Nikt nie protestował i nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby choinkę ubierać już w listopadzie.

Podział obowiązków, co kto robi na święta. Dzieci kroiły gotowane warzywa na sałatkę jarzynową i pamiętam, że ta czynność wydawała mi się wówczas czymś szczególnym, naznaczonym jakimś specjalnym staraniem. Z zamkniętymi oczami potrafię wyrecytować, jakie dania pojawiały się wtedy na stole: ryba po grecku, barszcz z uszkami, bigos wigilijny, smażony karp, podsmażane ziemniaki, krokiety z kapustą i grzybami, karp w galarecie, sałatka jarzynowa, kompot z suszu, śledzie w oleju, piernik i makowiec i od czasu do czasu kutia, którą jadłam z dziadkiem, bo inni się krzywili.

Pamiętam tę nieprawdopodobnie wielką radość z ubierania choinki, kiedy wyjmowaliśmy stare bombki z szarych kartoników, a Dziadek sprawdzał, dlaczego lampki przestały świecić. Pamiętam jeszcze superstare podłużne cukierki do powieszenia na choince, które pewnej zimy Dziadek pozwolił nam w końcu skonsumować i okazało się, że były ze starości niejadalne.

W moim domu Wigilia to zawsze była radość. Nie pamiętam, żeby ktoś się na kogoś gniewał, stroił fochy, ostentacyjnie na kolacji się nie pojawiał. Może dlatego, kiedy dziś słyszę o tym, jak ludzie uciekają przed świętami, bo „nie lubią sztuczności”, cieszę się, że ja miałam inaczej. Bo u nas wspólne biesiadowanie było zawsze zwieńczeniem wspólnych przygotowań, rozmów, migoczącej światełkami choinki, gadającego cicho w tle telewizora Mamo, kiedy w końcu będzie Polskie Zoo?!  I moja kochana Babcia, która za każdym razem musiała poinstruować Dziadka, żeby nie siedział za długo, bo nie wstanie na Pasterkę. Cieszyliśmy się, marnymi jak na dzisiejsze czasy, prezentami, a ja miałam wrażenie, że to, co dostaję, jest najlepsze na świecie.

A dziś próbuję zachować pamięć o tym, co czułam wtedy i kultywować ją w moim domu, ucząc moje dzieci, że fajne prezenty można dostawać nie tylko na Gwiazdkę, bo naprawdę najważniejsze jest to, żeby pobyć razem i się tym cieszyć.

Spokojnego oczekiwania 🙂

24 komentarze
Poprzedni
Plik_000 (1)
Następny
Plik_000 (6)