Szalik czy karmnik dla ptaków? Oto jest pytanie;)

IMG_2098

Kiedy byłam całkiem mała, kobiety w mojej rodzinie potrafiły dziergać na drutach i szydełkiem, wyszywać, szyć sukienki, robić kolorowe makatki i dywaniki do przedpokoju. W tamtych szarych i smutnych czasach trzeba było się nieźle natrudzić, by mieć w domu coś ładnego. Babcia dziergała skarpetki na pięciu drutach – pamiętam ferie z nią, obie, ramię w ramię siedziałyśmy na wersalce, robiąc skarpetki i rozmawiając o ważnych i mniej ważnych sprawach. Pamiętam, że trudno było zrozumieć kilkuletniej dziewczynce oczka prawe i lewe, ale bardzo się starałam. Nie było w końcu ani iphone’a, komputera czy telewizji dostępnej 24h na dobę. Jak to dziecko – nie miałam do tego cierpliwości, a dzieła moich rąk były krzywe i nieporadne. Przez całe dorosłe życie żyłam w przeświadczeniu, że jeśli o tego typu rzeczy chodzi, to wciąż mam 8 lat i nie potrafię dokładnie policzyć oczek.
Kiedy byłam całkiem mała, mężczyźni w mojej rodzinie potrafili usmażyć furę faworków, zrobić obiad, skręcić karmnik dla ptaków i naprawić radio. Jeden z moich dziadków szył buty, choć nie był szewcem i umiał wyplatać breloczki z cienkich, plastikowych rurek. Dosyć szybko mnie tego nauczył, potrafiłam godzinami zawijać kolorowe sznureczki, którymi później obdarowywałam szkolne koleżanki. Co ciekawe, te umiejętności przypomniały mi się w dorosłym życiu, kiedy postanowiłam zaplatać okrągłe chałki.
Okazuje się, że dłonie nie zapominają tego, czego nauczyły się w dzieciństwie, a doświadczenie mówiące o tym, że jeśli mam robić coś byle jak, to wolę nie zrobić tego wcale, z wiekiem nabiera realnego wymiaru i zamienia się w czyn.

unnamed-9 unnamed-5

IMG_2783

Po fascynacji wszystkimi dobrami, które można kupić w sklepie zorientowałam się, że dzieła naszych rąk są niejednokrotnie więcej warte niż to, co wyprodukuje fabryka. Dla mnie obrusy mojej prababki były cenniejsze niż złoto dlatego, że ona je zrobiła, a nie dlatego, że były coś warte. Moja Mama, podobnie jak ja, nauczyła się od swojej babki szydełkowania i szycia, ale, w przeciwieństwie do mnie, nigdy nie przedłożyła gapienia się w facebooka nad to, co może zrobić sama, własnymi rękoma. Więc od kiedy sięgam pamięcią, widzę ją, jak robi dla nas swetry i czapki. Albo jak wyciąga maszynę i szyje zasłony, jak farbuje tkaniny w wielkim kotle z barwnikami. Jak stare ubrania przerabia na małe, wielobarwne dywaniki. Nie pamiętam, by kiedykolwiek nie robiła czegoś ładnego. Powoli więc zaczęłam korzystać z jej pasji i prosić o rzeczy, na które samej nie starczyłoby mi umiejętności, czasu i talentu – a to obrus na dwumetrowy stół, na który nici liczyła w dziesiątkach kilometrów, a to ubrania dla moich dzieci. I wyszukując nowe włóczki, z których chciałabym „coś”, sama wpadłam po uszy.
Zobaczyłam skandynawskie poduszki po kilkaset złotych i doszłam do wniosku, że przecież spróbuję zrobić takie sama. I przy okazji odkryłam, że na świecie jest tyle zdolnych osób, które tworzą prawdziwe cuda. Nagle zupełnie inaczej zaczęłam patrzeć na syntetyczne czapki i swetry ze sklepu, które po sezonie nadają się jedynie na ryby. Lubię czasem kupić taki szalik, który po kilku miesiącach tak się zmechaci, że nie będę go chciała używać. Ot, czasem każdy chce kupić sobie coś nowego.
W tym roku ja-typowy piecuch, z racji niemowlaka, z którym należy wychodzić na codzienne spacery, żeby nie zmarznąć, zaczęłam nosić te wszystkie mamine czapki dziergane mi w prezencie niemal za każdym razem, kiedy do niej wpadam (a wpadam naprawdę często). I zrozumiałam, że nie sięgam po szalik ze sklepu, a wybieram ten, który ona mi zrobiła. Bo jest miękki, bo się nie niszczy tak szybko, bo jest w moim ulubionym kolorze. Poprosiłam o sweter – pierwszy, drugi i trzeci. I nie umiałam się z nimi rozstać, najchętniej chodziłabym w nich non stop. Chyba zwariowałam.
Jestem pracującą mamą, młodsza córeczka właśnie zaczyna raczkować i nie śpi w ciągu dnia nawet godziny. Mogę więc zapomnieć o realizowaniu projektów w postaci dywanów, swetrów i innych wynalazków, ale wieczorów starcza mi na to, żeby wydziergać sobie koszyk, poduszkę albo kocyk. Takie małe, a tak cieszy. Zamiast gapienia się w facebooka wtedy, kiedy nie ma już siły na czytanie książek.

Po latach przyszłam do Mamy i powiedziałam jej: dziękuję Ci za to, że mnie tego kiedyś nauczyłaś, że Ci się chciało. Moje pokolenie trzydziestoparolatków (ach, jaka się wydaję sobie stara, kiedy ktoś pisze do mnie „Pani Lisko”;) miało w szkole taki przedmiot jak Praca Technika (albo Zajęcia Praktyczno-Techniczne), gdzie zbijaliśmy z desek karmniki, szyliśmy torby i siekaliśmy kilogramy warzyw na sałatkę warzywną z majonezem. Robiliśmy dwumetrowe szaliki na drutach i szyliśmy kreacje na piątkowe dyskoteki (najlepiej z jakąś złotą nicią). Nie było opcji: nie umiem, nie dam rady. I cieszę się, że tak było.

Wygląda więc na to, że w dorosłym życiu, znalazłam sobie kolejne hobby. A piszę o tym nie dlatego, że zamierzam publikować tu instrukcje wykonania szalika: przez lata widziałam, jak wielką frajdę sprawia ludziom zrobienie czegoś własnymi rękoma: na przykład chleba. Widziałam ten błysk w oku: ja też potrafię! Dlaczego więc nie zrobić sobie samemu szalika albo karmnika dla ptaków? Ja w każdym razie polecam:)

IMG_0701

68 komentarzy
Poprzedni
O jabłkach Walentynki
Następny
CHLEB OKŁADKA