Jestem z Bullerbyn

IMG_5199

 

Dojeżdżamy do celu – mały, szwedzki domek z zimną wodą ze studni, na zewnątrz chatka z łazienką i miniaturową sauną i kolejny, jednopokojowy domek. Wprawdzie wiedzieliśmy, że nie będzie tu internetu, ale, tradycyjnie, wydawało się, że „jakoś to będzie”, „pewnie uda się kupić jakąś kartę”.
Drugiego dnia przestajemy spoglądać na ekrany telefonów, bo i nie ma po co. Internetu brak, zasięg jest słaby, nikt nie dzwoni. Spragnieni dostępu do sieci mogą się wybrać do położonej w odległości kilkunastu kilometrów lokalnej biblioteki, ale podczas całego pobytu trafiam tam zaledwie dwa razy i to na krótko.

IMG_5342 IMG_5358IMG_5571

Po trzech dniach w studni kończy się woda, pompa nie ma więc czego pompować.
Najbliższa studnia należy do starszego sąsiada i znajduje się kilkaset metrów od naszego domku. Sąsiad ma też wodę ze szlaucha, której chętnie użyczy.
Chłopaki napełniają wodą duży plastikowy baniak, ładują go na taczkę i przywożą do domku. Na dwupalnikowej płycie elektrycznej nagrzewamy spory gar wrzątku dla całej naszej gromady. Rano napełniam wrzątkiem mały kubek, mieszam go z zimną wodą i idę się myć.
Po dwóch dniach na beczkę z deszczówką patrzę jak na potencjalne źródło kąpieli i drogocenny skarb. Woda. W mieście uważałam, że używam jej oszczędnie i ekologicznie. Tu „oszczędnie” znaczy zupełnie coś innego. Woda ze studni jest tak miękka, że nie mogę spłukać nią szamponu z włosów.IMG_5668 IMG_5676

Potrzebowałam tego wyjazdu. I prostej, szczerej przyrody, gdzie nocą było tak cicho i ciemno, że słyszałam bicie własnego serca. Pracowite dni, podczas których upiekłam prawie trzydzieści rodzajów pieczywa, przeplatane z krótkimi wyjazdami po najważniejsze sprawunki.

Szwecja rozkochała mnie w sobie od pierwszego wejrzenia. Tu, gdzie byłam, było czysto i cicho, pachniało dzieciństwem i późnymi wakacjami.
W sklepie brałam do rąk produkty zachwycając się schludnymi, pięknie zaprojektowanymi opakowaniami tak zwykłych rzeczy jak musztarda czy ryż. Odkryłam musztardę z cynamonem, śledzie z cynamonem, o bułkach z cynamonem nie wspominając.

Wieczorem, tuż przed snem, studiowałam przepisy w szwedzkiej książce kucharskiej z 1963 roku. Dosyć szybko zaczęłam odróżniać mleko od mąki i rodzaje skorupiaków.

Rano w starym kredensie ustawiałam mąkę, z której miałam piec chleb i szarpiąc się z torebką, która zakleszczyła się między listwami, trafiłam na pożółkłe kartki zapisane starannym pismem dawno temu. Może to były listy, a może przepisy. Nie wiem. Trzymałam te cieniutkie jak opłatek karty i z czułością myślałam o dłoniach, które musiały kiedyś zapisywać je z taką starannością, bez pośpiechu.

IMG_5077IMG_5685 IMG_5816

Po skończonej pracy położyłam się na pomoście nad malutkim jeziorem i patrzyłam, jak tafla wody marszczy się smagana wiatrem.

Pewnego dnia chcieliśmy podziękować sąsiadowi za wodę i zanieśliśmy mu chleb. Trudno było się porozumieć w innym języku niż szwedzki, więc próbowaliśmy coś kleić ze słów, których znaczenie było znane i jemu i nam.
Przez dwa kolejne dni padał deszcz i nie widzieliśmy się z sąsiadem. Trzeciego popołudnia zauważyliśmy, jak skrada się z foliową torbą i zostawia nam ją za wycieraczką. Scena była filmowa. Była równie magiczna jak nasza ciekawość „co nam zostawia”. W torbie był papierowy notatnik, długopis i krótki list opatrzony datą i podpisem. „Czy mogę prosić o przepis na chleb, który dostałem”.
Chleb był gryczany, z polską kaszą.

Woda w kranie pojawiła się znowu ostatniego dnia naszego pobytu i to tylko na chwilę, po dwóch deszczowych dobach.

Chcę znowu tam wrócić. Jak najszybciej się da. Do Vimmerby, gdzie urodziła się Astrid Lindgren i do Bullerbyn, gdzie przez jedno z okien patrzyła na nas zainteresowana przybyszami starsza pani.

Chcę znowu zobaczyć śliczne szwedzkie domki jak z filmu, gdzie w każdym oknie stoi zapalona lampka. I zajrzeć do jednego z licznych loppisów (sklepów ze starociami), gdzie za kilka koron można znaleźć prawdziwe skarby (odtąd pewnie już nie wydam na warszawskim Kole ani złotówki).

To był zawodowy wyjazd, gdzie pracowaliśmy nad kolejną książką, więc nie zostało mi wiele czasu na to, by zwiedzać, fotografować i odkrywać, ale mam apetyt na więcej, może wiosną?

A dziś kupiłam książkę do nauki szwedzkiego. Mam nadzieję, że następnym razem będę umiała powiedzieć więcej niż „Dzień dobry” i „Dziękuję”.

IMG_5099

35 komentarzy
Poprzedni
IMG_5012 (1)
Następny
IMG_6249